Zwolnienie Aleksandara Vukovicia i zatrudnienie na jego miejsce Czesława Michniewicza spotkało się z dość pozytywnym odzewem kibiców. Drużyny prowadzone przez polskiego trenera słyną z niezłej defensywy i ambitnej postawy w meczach przeciwko bardziej renomowanym rywalom. Jego pierwszym testem w Legii był mecz z Dritą. Czy było już widać pierwsze efekty?
Legia dominowała nad rywalem. Była od niego lepsza zarówno pod względem technicznym, jak i przygotowaniem taktycznym. Od początku przycisnęła rywala do defensywy i co jakiś czas stwarzała sobie niezłe okazje. Pierwszą bramkę zdobył Paweł Wszołek, który wykorzystał przestój kosowskiego obrońcy. Niedługo potem Drita straciła drugą bramkę po rzucie rożnym. Tym razem strzelcem był Tomas Pekhart. Przy obu bramkach asystował Filip Mladenovic.
Jednak na drugą połowę stołeczna drużyna wyszła bardziej wycofana. Była mniej zainteresowana stanowczymi atakami, a w jej szeregach było widać przekonanie o zwycięstwie oraz znużenie. Przeciwnicy z Kosowa zdołali nawet pod koniec meczu sprawdzić koncentrację Artura Boruca. Koniec końców Legioniści wygrali 2:0, lecz do zachwytów na razie jest wciąż daleko. Nasuwa się jednak jedno pytanie – czy Michniewicz zdołał już wprowadzić jakiekolwiek zmiany w grze Legii?
Podobne schematy budowy akcji ofensywnych
Aleksandrowi Vukoviciowi często zarzucano, że zaprogramował swoją drużynę na dużą liczbą dośrodkowań w stronę Pekharta. Do tego dochodziła nieumiejętność rozegrania piłki w inny, mniej monotonny sposób. Kibice byli wprost nękani licznymi wrzutkami, które często przynosiły nikły efekt. Warto wyróżnić też częste próby wyjścia wysokim pressingiem w celu odebrania przeciwnikowi piłki już w początkowej fazie budowy akcji.
Michniewicz nie dokonał rewolucji w ciągu pierwszych dni swoich pracy. Z Dritą Legia ponownie atakowała bocznymi strefami boiska. Podobnie jak w ostatnich meczach liczono na dośrodkowania Filipa Mladenovicia oraz ofensywne rajdy Luquinhasa. Kluczem ponownie byli gracze ustawieni w polu karnym przeciwnika, którzy czekali na „zebranie” piłki. Uwagę mógł zwrócić fakt, że poza Pekhartem na swoją okazję czaiła się większa ilość zawodników. Jednak ciężko stwierdzić czy to celowe zagranie, czy po prostu objaw słabości przeciwnika.
Jedyną różnicę było widać w sytuacjach, gdy któremuś z zawodników brakowało kolegi do rozegrania piłki. Za niedawnej kadencji Vukovicia oznaczało to nieuchronną stratę futbolówki. Z kolei w meczu z Dritą taki zawodnik śmiało wchodził w drybling i starał się biec jak najszybciej w stronę bramki przeciwnika. Niby nic szczególnego, ale to właśnie takie akcje mogą być zalążkiem sytuacji bramkowych. Jeśli takie zachowanie staną się codziennością, to Czesławowi Michniewiczowi będzie należał się pierwszy mały plusik.










