Czołowe ligi europejskie nie stronią od sensacyjnych wyników. Fani wielu wielkich klubów są poirytowani postawą swoich pupili. Trudne chwile przeżywają nie tylko kibice Liverpoolu, ale również Fiorentiny, Romy, Schalke, Wolfsburga, Lyonu czy Auxerre. Również w naszej lidze jesteśmy świadkami niespodzianki. Jest nią forma warszawskiej Legii.
„Wojskowi”, którzy osiem razy zdobywali tytuł najlepszej drużyny w kraju, przed sezonem mieli apetyty na kolejne mistrzostwo. Pomóc w tym miał nowy stadion oraz kibice, którzy w końcu doszli do porozumienia z zarządem klubu. Należy uczciwie przyznać, iż fani jak najbardziej dopisują. Jakże przykrym widokiem było oglądanie meczów Legii bez fanatycznych kibiców. Od początku sezonu obserwujemy jednak powrót do kibicowania, którego apogeum powinniśmy zobaczyć w spotkaniu z Lechem.

Sukces stołecznej drużynie zapewnić mieli nowi piłkarze oraz trener. Maciej Skorża z entuzjazmem podchodził do pracy z warszawskim klubem. Wydawało się, że jest to odpowiedni człowiek do tego, by z indywidualności stworzyć zespół. Pokaźne sumy zainwestowano w zawodników. Do drużyny dołączyli tacy zawodnicy, jak Ivica Vdroljak, Bruno Mezenga, Manu, Antolović, Kneżević czy Cabral. Wydaje się jednak, iż ta międzynarodowa mieszanka już teraz odbija się Legii czkawką. Podopieczni Skorży zajmują miejsce tuż ponad strefą spadkową, gromadząc zaledwie sześć punktów w sześciu meczach. Spoglądając na samą grę, widać, że w zespole brak przywódcy, osoby, która mogłaby pociągnąć za sobą drużynę, gdy tej nie idzie. W roli lidera, przynajmniej boiskowego, wielu upatrywało Macieja Iwańskiego. Ten jednak chyba nie do końca pokazuje pełnię swoich umiejętności. Podobnie jest z innymi zawodnikami. Brak w nich boiskowej złości, która przekładać by się mogła na dobrą grę.
Legii brakuje również elementu, bez którego niezwykle ciężko jest osiągnąć sukces. Myślę tu o atmosferze. Trudno stworzyć rodzinny klimat w zespole, w którym jest aż 11 obcokrajowców. Rzadko który z nich porozumiewa się w języku polskim. Powoduje to, że w drużynie rodzą się grupki. Brakuje w warszawskiej drużynie tego, co miała Legia prowadzona przez Pawła Janasa. Wtedy zawodnicy spotykali się po treningach, szli razem na kawę, przyjaźnili się. Dzisiejsi „Wojskowi” to zlepek indywidualności, którym nie zależy na kontakcie z kolegami z drużyny. Sam Maciej Iwański przyznaje, że po treningu nie ma czasu na spotkania z partnerami z zespołu. Wydaje mi się, iż powoduje to, że zawodnikom brakuje wsparcia drużyny w momencie, gdy coś nie idzie.
Po ostatnich słabych wynikach sprawę w swoje ręce spróbował wziąć trener. Do drużyny rezerw odsunął Iwańskiego, Gizę oraz Wawrzyniaka. Powodem takiej decyzji miało być rzekome złamanie regulaminu oraz warunków kontraktu. Nie da się jednak ukryć, że niewątpliwie do takich decyzji przyczyniły się złe wyniki zespołu. Zawodnicy odsunięci do rezerw stali się niejako kozłami ofiarnymi. Za co jednak winić Gizę, który w tym sezonie zagrał zaledwie dwie minuty? Wydaje mi się, iż ktoś powinien uderzyć się w pierś i przyznać, że transfery wykonane w letnim okienku nie były do końca udane. Wystarczy bowiem nadmienić, iż więcej do gry wnosi 19-letni Kucharczyk niż Bruno Mezenga, który na swoim koncie ma występy we Flamengo. Tutaj nasuwa się prosta refleksja. Czy nie lepiej zainwestować w młodzież, którą Legia promowała w ostatnich latach ( Rybus, Rzeźniczak, Borysiuk, Żyro, Jędrzejczyk, Kucharczyk)?











