Liverpool zremisował na własnym stadionie z Manchesterem City. Ten wynik można uznać za sukces gości, bo to podopieczni Kenny’ego Dalglisha stworzyli sobie więcej dogodnych sytuacji bramkowych. Gospodarze nie potrafili jednak przeważyć szali zwycięstwa na swoją stronę i Manchester wciąż pozostaje niepokonany w angielskiej Premiership.
Mecz rozpoczął się od minuty ciszy, którą uczczono pamięć zmarłego trenera reprezentacji Walii Gary’ego Speeda. Walijczyk zmarł dziś w swoim domu w wieku 42 lat.
Początek spotkania należał do gości. To oni wygrywali walkę w środku boiska i kilka razy niebezpiecznie zbliżyli się do pola karnego Liverpoolu. Defensywa „The Reds” nie pozwalała jednak napastnikom rywali na dojście do sytuacji strzeleckich. Obrońcy uczepili się piłkarzy Manchesteru niczym przylepieni taśmą klejącą. Po kwadransie defensywa Liverpoolu omal nie ograła samą siebie. Zbyt lekkie podanie do bramkarza spowodowało, że pod bramką Reiny zrobiło się bardzo gorąco, ale hiszpański golkiper był czujny i dalekim wybiegiem zażegnał niebezpieczeństwa. Kilka chwil później ciekawą indywidualną akcję przeprowadził Aguero, jednak na koniec Argentyńczyk potknął się o własne nogi i piłka wyszła poza boisko.

Kiedy wydawało się, że tempo meczu spada, rozpoczęło się strzelanie bramek. Najpierw szczęście uśmiechnęło się do zawodników City. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Vincent Kompany świetnie wyszedł do główki i strzałem w długi róg zupełnie zaskoczył Jose Reinę. Radość przyjezdnych nie trwała jednak długo. Zaledwie dwie minuty później Charlie Adam zdecydował się na strzał z dystansu, a Joleon Lescott interweniował tak niefortunnie, że zupełnie zmylił Joe Harta. Piłka wylądowała w siatce!
Później nie mogliśmy już narzekać na brak emocji. Najpierw zaatakował Liverpool i po świetnej akcji Kuyta i strzale Adama jedynie instynkt Harta uratował podopiecznych Roberto Manciniego przed utratą gola. Po chwili Glen Johnson zupełnie niespodziewanie oddał strzał (choć tak naprawdę nie wiemy, czy nie chciał dośrodkować) i piłka trafiła w poprzeczkę. Przez te kilka chwil piłkarze Manchesteru mogli tylko obserwować natchnionych liverpoolczyków, ale potem sami wzięli się do roboty. Werwy starczyło tylko na jedną akcję, po której Yaya Toure niecelnie strzelał z dystansu. Później już było czekanie na gwizdek sędziego oznaczający koniec pierwszej połowy.
W drugiej połowie wciąż było gorąco. Od początku mogliśmy obserwować emocjonującą wymianę ciosów. Dużą aktywnością imponował zwłaszcza Dirk Kuyt, który jak zwykle sprawiał wiele problemów defensorom rywali. Holender miał też swoją szansę na strzelenie bramki, ale po jego uderzeniu piłka powędrowała obok słupka. Zabawna sytuacja miała miejsce w 70. minucie. Balotelli dostał dobre podanie na prawym skrzydle a obrońca, który miał go pilnować, się poślizgnął, droga do bramki stała więc otworem, lecz Włoch również poślizgnął się na zroszonej murawie.












