Drużyna Manchesteru City długo czekała na finał jakichś rozgrywek. Po gruntownej przebudowie zespołu i struktur klubu, ten czas wreszcie się zakończył – drużyna Roberto Manciniego zagra w ostatniej rozgrywce FA Cup tego sezonu. Mecz z United wygrała ona po bramce Yayi Toure.
Manchester City bez Teveza, Manchester United bez Rooneya. Krótko mówiąc, obie jedenastki wyszły na murawę Wembley bez swoich liderów w ofensywie. Drużyny umocniły środek pola, choć formacja „The Citizens” wyglądała na bardziej ofensywną. Tylko jeden nominalny napastnik w drużynie Manciniego, tylko Berbatow w ekipie Fergusona. Włoski trener postawił na efektowne skrzydła, zagrali bowiem Johnson oraz Silva. Wicemistrzowie Anglii wystartowali z systemem 4-5-1.

Pierwsze minuty spotkania to raczej spokojna gra, badanie boiska. Warto odnotować trochę niedokładności w szeregach obu zespołów. Z czasem zaczęły się jednak coraz bardziej śmiałe akcje. Pierwszy strzał dla „The Citizens” oddał Adam Johnson – ze sporego dystansu oraz niecelny. Po kwadransie kapitalną okazję po błędzie Lescotta miał Berbatow, który chyba tylko w sobie wiadomy sposób nie strzelił bramki. Fakt, że w akurat tym przypadku kapitalnie zachował się Hart, który miał przed sobą tylko wspomnianego Bułgara, lecz sekundy później rosły napastnik nie trafił z naprawdę bliskiej odległości – wręcz wysoko przestrzelił.
Kolejną dobrą okazją do strzelenia bramki mógł być rzut wolny z 29. minuty po faulu Barry’ego. Bezpośredni strzał Naniego odbił się jednak od muru na rzut rożny. Z niego też wyszła całkiem ciekawa sytuacja, z dość dalekiej odległości, jak na rozegranie z tego stałego fragmentu gry, strzał głową oddał Berbatow. Było to już siódme uderzenie Manchesteru United, tymczasem na tamten moment licznik City zatrzymał się na wspomnianej próbie Johnsona. Mecz w ogóle nieco się uspokoił, wyglądało na to, że obie jedenastki nie chcą przesadnie ryzykować. W 32. minucie przed dobrą szansą stanął Barry. Balotelli nie zdołał opanować dośrodkowanej piłki, zrobił to wspomniany pomocnik, lecz ostatecznie trafił w boczną siatkę.

Ożywienie na Wembley wzmogło się, gdy w 34. minucie potężnie mocny strzał z dystansu oddał Balotelli. Pozycja trudna, lecz tak samo trudne do obrony było same uderzenie i Van der Sar zapewne musiał się wysilić, żeby wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Niedługo później „The Citizens” egzekwowali dwa rzuty rożne i zastosowali ciekawe rozwiązania. O strzał z powietrza, z pierwszej piłki, pokusił się Lescott, lecz zdecydowanie przestrzelił. Sytuacja jednak nieco się wyrównała, a City przede wszystkim nawiązało lepszy kontakt z United. Ciekawe, co w tej sytuacji do powiedzenia miał Ferguson, który nieustannie kontaktował się ze swoim asystentem drogą radiową, wszak w ramach karnego zawieszenia siedział on na trybunach.













