Wembley znowu przyniosło szczęście Chelsea Londyn. „The Blues” upokorzyli wręcz Tottenham, pokonując go aż 5:1. W finale tych najstarszych rozgrywek świata czeka już Liverpool. Roberto Di Matteo jest bliski osiągnięcia tego, co uczynił Guus Hiddink.

W sobotę poznaliśmy pierwszego finalistę Pucharu Anglii. Na Wembley Liverpool czeka na zwycięzcę derbowego starcia Tottenhamu z Chelsea. „The Blues” lubią grać na tym stadionie i przynosi on im szczęście, być może poszczęści im się również w spotkaniu przeciwko „Kogutom”. W obu meczach ligowych między tymi zespołami padły remisy, w półfinale oznacza to dogrywkę, a później rzuty karne. Jedno jest pewne: ani jeden, ani drugi zespół nie odpuści tego meczu i zawodnicy dadzą z siebie wszystko, by następny raz na Wembley zagrać przeciwko „The Reds”.

Mecz rozpoczął się od minuty ciszy poświęconej śmierci włoskiego zawodnika. Piłkarze obu drużyn w solidarności z Serie A zagrali w czarnych opaskach na ramieniu. Pierwsze pół godziny gry było bardzo wyrównane i pełna walki, jednak mało było sytuacji podbramkowych. Ataki obu drużyn najczęściej kończyły się na dobrze ustawionej obronie rywala. Tottenham grał bardziej kombinacyjnie, seriami podań, Chelsea natomiast częściej grała prostopadłymi piłkami kierowanymi na Didiera Drogbę. Spotkanie nabrało rumieńców już w 31. minucie, gdy po dośrodkowaniu Salomona Kalou Didier Drogba minimalnie uderzył główką obok słupka. Cztery minuty później „Koguty” odpowiedziały główką van der Vaarta. Akcję rozpoczął Adebayor, zagrał do Lennona, ten odegrał do Holendra, który zdecydował się na strzał, piłkę z linii wybił kolanem John Terry. Piłkarze Harry’ego Redknappa mieli kolejną znakomitą szansę kilka minut później. Van der Vaart dośrodkował piłkę w pole karne do Emmanuela Adebayora, ten delikatnie trącił ją kolanem, jednak futbolówka trafiła w słupek i wyszła w pole.












