W grupie spadkowej robi się coraz ciekawiej. Widzew Łódź zremisował na wyjeździe z Koroną Kielce 2:2, a mógł nawet ten mecz wygrać. Łodzianom starczyło sił jednak tylko na pierwszą połowę i muszą zadowolić się remisem. Cenny punkt przybliża ich jednak do rywali i może okazać się kluczowy w walce o utrzymanie.

Dla Widzew Łódź był to pojedynek z tych „być albo nie być”. Szansą dla łodzian był brak w bramce Korony podstawowego bramkarza, Zbigniewa Małkowskiego, który na wczorajszym treningu doznał kontuzji. Już od początku spotkania widać było, że oba zespoły są niezwykle zdeterminowane, aby zdobyć w Kielcach trzy punkty. Żaden z zawodników nie odstawiał nogi, a każdy pojedynek był niezwykle ważny. Widzew starał się grać wysokim pressingiem, jednak to Korona częściej była przy piłce i miała więcej sytuacji pod bramką rywali. Tymczasem w 11. minucie indywidualną akcją popisał się Eduards Visnakovs, którego w polu karnym faulował bramkarz kielczan, Wojciech Małecki. Sędzia nie miał żadnych wątpliwości, a Mateusz Cetnarski spokojnie zamienił podyktowany rzut karny na bramkę. Korona od razu rzuciła się do odrabiania strat, jednak piłkarzom brakowało zarówno szczęścia, jak i dokładności. Dodatkowo obrona kielczan grała bardzo niepewnie i po błędach obrońców Widzew Łódź miał kilka okazji na podwyższenie prowadzenia.
W 29. minucie stało się to, co przed meczem wydawało się niemożliwe. Widzew wyszedł na dwubramkowe prowadzenie. Mateusz Cetnarski stracił piłkę tuż przed polem karnym, jednak futbolówkę przejął Visnakovs i strzałem w długi róg pokonał Małeckiego. A przecież do tej pory na wyjeździe Widzew zdobył zaledwie 1 punkt! Trener Pacheta, widząc co się dzieje na boisku, już w 36. minucie zdecydował się na pierwszą zmianę. Petrowa zastąpił Marcin Cebula. Do przerwy Widzew utrzymał w pełni zasłużone prowadzenie.

Drugą połowę ponownie lepiej rozpoczęli piłkarze Korony, którzy starali się zdobyć kontaktową bramkę. Jednak Widzew nie zamierzał się tylko bronić i raz po raz przeprowadzał groźne kontry. Kielczanie grali wysoko i coraz częściej znajdowali się pod bramką łodzian. Najlepszą okazję zmarnowali w 54. minucie, kiedy to po strzale Sobolewskiego do odbitej piłki podbiegł Chiżniczenko, ale z ostrego kąta nie trafił do siatki. Futbolówka przeleciała wzdłuż bramki i niewiele brakowało, aby sięgnął jej Maciej Korzym. Co się odwlecze, to nie uciecze. W 61. minucie z rzutu rożnego dośrodkowywał Golański, piłka trafiła pod nogi Malarczyka, a ten strzałem z bliskiej odległości nie dał żadnych szans bramkarzowi łodzian.











