To był niewątpliwie dziwny rok dla wszystkich wiernych fanów bydgoskiego Zawiszy. Ogromne zwycięstwa i sukcesy przeplatane blamażami oraz upokorzeniami pogrążającymi ten klub w kryzysie. Witajcie w zakręconym świecie Radosława Osucha, gdzie roczna przejażdżka rollercoasterem przypomina niewinną karuzelę.
Zawisza swój ostatni mecz w kalendarzowym roku zakończył iście po bydgosku. Nędzna porażka w spotkaniu z Podbeskidziem potwierdziła jedno, ekstraklasa to dla nich zbyt wysokie i wymagające progi. Ostatnie miejsce w tabeli po 19 kolejkach, lata świetlne do przedostatniego Ruchu oraz perspektywa tego, że wiosna będzie równie ciężka, nie stawia bydgoszczan w pozytywnym świetle. I pomyśleć, że jeszcze parę miesięcy temu wznosili najważniejsze puchary w tym kraju. Wstyd! Tak więc siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy w kronikarską podróż po roku 2014 z głównym udziałem czerwonej latarni ekstraklasy.
Rok marzeń
Być może wydaje się to dziwne, ale warto przypomnieć, że Zawisza zaczął ten rok 2014 jako beniaminek ekstraklasy. Doskonale ułożona drużyna, nienaganne finanse, obiecujący zawodnicy oraz twardo stąpający po ziemi właściciel dawały nieodparte wrażenie, że klub z Kujaw może stać się nową siłą ligi. Awans do mistrzowskiej ósemki był dla wielu ogromną niespodzianką oraz zaskoczeniem. Nikt nie przypuszczał, że ligowy „świeżak” może sprawić tyle szumu i zamieszania w tabeli. Chwilę później przyszedł czas na zwycięstwo w Pucharze Polski oraz Superpucharze, co odbiło się szerokim echem w świecie mediów społecznościowych nie tylko na naszym podwórku.
Zawisza zaczął być traktowany przez wielu jak twór z innej planety, jak coś, bez czego polski futbol nie ma prawa istnieć. Zachwytów nad tą drużyną było bez liku. Nic dziwnego, w końcu zespół, który jeszcze nie tak dawno dostawał srogą lekcję futbolu od Ruchu Radzionków, dziś staje się drugą stolicą polskiej piłki. Czas dopiero później zweryfikował i potwierdził stare piłkarskie porzekadło: drugi sezon dla beniaminka jest zawsze najtrudniejszy. A w przypadku tej ekipy jest on tragiczny.
Rok zmiany trenerów
Gdzie tkwi problem tak żenującej postawy Zawiszy? Odpowiedź brzmi: w zmianie trenera. Do czasu, kiedy szkoleniowcem był Ryszard Tarasiewicz, wszystko chodziło idealnie jak w szwajcarskim zegarku. Chciałoby się rzec, że jest to francuska myśl techniczna. Nawet pomimo braku najjaśniejszej gwiazdy, jaką jest niewątpliwie Michał Masłowski, potrafili wygrywać mecze, pnąc się w górę tabeli. To Tarasiewicz stworzył kolektyw oraz ekipę, która potrafiła pokonywać silniejszych od siebie. Kto wie, gdyby popularny „Taraś” został na swoim miejscu, być może w Lidze Europy grałyby dwie polskie drużyny?











