Lizbońskie „Lwy” przestały ryczeć. Sporting był faworytem wyjazdowego meczu z Olhanense, lecz nie zdołał tego wykorzystać. Dla podopiecznych Carlosa Carvalhala to już drugi bezbramkowy remis z rzędu.
Osłabiony brakiem między innymi Joao Moutinho i Marata Izmajłowa Sporting wybrał się do deszczowo-wietrznego tego wieczora Olhao z podniesioną głową i jednym celem: wygraną. „Lwy” były tym bardziej zdeterminowane, że po bezbramkowym remisie z zeszłego tygodnia z Pacos Ferreira ich strata do prowadzącej trójki jeszcze się zwiększyła.

Rzecz jasna od początku spotkania to podopieczni Carlosa Carvalhala dyktowali tempo gry. Pierwsza osłona przyniosła im aż cztery dogodne sytuacje bramkowe, z których jednak żadnej nie wykorzystali. Zbyt nonszalanckie i – przede wszystkim – niecelne były próby uderzenia głową w wykonaniu kolejno Yannicka Djalo (12. minuta), Matiasa (19. minuta) i Tonela (35. minuta). Poza tym uderzenie z dystansu tego drugiego z łatwością wybronił Ventura.
W drugiej połowie, zachęceni niepowodzeniem potężniejszych rywali, dość niespodziewanie to gracze Olhanense ruszyli do ataku. Co najmniej w dwóch sytuacjach Sporting od straty gola uratował dobrze dysponowany Rui Patricio. W 81. minucie najlepszą okazję do zdobycia bramki przez gospodarzy zmarnował Rui Duarte, trafiając w słupek.
„Lwy” z pewnością nie powrócą do Lizbony z podniesionymi grzywami. Remisując bezbramkowo drugi mecz z rzędu, Sporting praktycznie stracił szanse na włączenie się do walki o mistrzostwo kraju.











