Widzew Łódź po bardzo dobrym meczu pokonał wczoraj „Białą Gwiazdę” 2:1. Wisła Kraków w sześciu kolejnych spotkaniach zdobyła tylko dwa punkty, można zatem mówić o kryzysie w drużynie Franciszka Smudy. Wczorajszą porażkę analizował na gorąco Łukasz Burliga.
Widzew, mimo iż zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, pokazał, że może utrzeć nosa faworytom. Wisła przegrała dość nieoczekiwanie.
Wszędzie gra się trudno, zwłaszcza na wyjeździe. Widzew rozegrał bardzo dobre spotkanie, my zaprezentowaliśmy się bardzo słabo i punkty zostają w Łodzi.
Już na początku meczu daliście się zaskoczyć.
Można powiedzieć, że mecz jeszcze się na dobre nie zaczął, a my już przegrywaliśmy. Musimy zastanowić się nad sobą. Nie mamy innego wyjścia w meczu z Podbeskidziem, jak tylko zdobyć trzy punkty.

Wydawało się, że gdy zdołaliście wyrównać, wejdziecie na właściwe tory i kolejne bramki będą kwestią czasu. Jednak to Widzew wziął się w garść i strzelił Wam bramkę na wagę zwycięstwa.
Na początku drugiej połowy nasza postawa wyglądała trochę lepiej, ale 15 czy 20 minut dobrej gry to trochę za mało. Mieliśmy sytuację na wyjście na prowadzenie, szkoda, że nie strzeliliśmy, bo pewnie wtedy mecz ułożyłby się po naszej myśli. Ale straciliśmy bramkę i przegraliśmy.
Akcja Wisły w drugiej połowie, którą przerwał sędzia, odgwizdując – zdaniem wielu obserwatorów – niesłusznego spalonego, mogła wypaczyć wynik?
Mogła, ale nie ma co winić sędziów. To my musimy dobrze grać i strzelać o jedną bramkę więcej niż rywale.
Braliście pod uwagę to, że możecie przegrać z czerwoną latarnią ligi?
Z każdym można przegrać, z każdym można wygrać. Nie ukrywam jednak: spodziewaliśmy się, że damy radę wywieźć z Łodzi trzy punkty.











