W pierwszym spotkaniu 4. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Cracovia Kraków, po dramatycznej końcówce i ewidentnym błędzie sędziego, pokonała 2:1 Koronę Kielce. Dla drużyny„Pasów” i Roberta Podolińskiego jest to pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Korona po raz kolejny rozegrała słabe zawody i zawodnicy Ryszarda Tarasiewicza nadal mają na swoim koncie tylko punkt.
Początkowa część spotkania była ospała, a zawodnicy obydwu zespołów sprawiali wrażenie przestraszonych burzą, która przeszła przez Kraków przed pierwszym gwizdkiem sędziego, lub zamartwiali się walkowerem, który wyeliminował Legię z LM. Na boisku nic się nie działo, a jakby trzeba było powiedzieć, kto miał przewagę, to chyba trzeba by wskazać gospodarzy. Cracovia kilkukrotnie gościła pod bramką Korony, ale kończyło się zazwyczaj na niedokładnym podaniu prostopadłym lub kiepskim dośrodkowaniu.
Jednak w ostatnim kwadransie piłkarzy jakby olśniło. Zwłaszcza tych niesionych dopingiem kibiców. Cracovia zaczęła grać szybciej, dokładniej i jak się później okazało, szczęśliwiej. Jedyny zawodnik, którego można by wyróżnić w pierwszej części spotkania, Marcin Budziński, zdecydował się na strzał z blisko 30 metrów. Uderzenie pomocnika gospodarzy było jednak bardzo słabe, a piłkę lecącą w stronę bramki zdołał przyjąć Dialiba Boubacar. Senegalczyk, nie zastanawiając się długo, strzelił nie do obrony z półobrotu i Cracovia schodziła do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.
Nawet po przerwie piłkarze z Kielc nie sprawiali wrażenia, że walczą o uniknięcie spadku na jedno z ostatnich miejsc w tabeli. Gra się nie kleiła, a Pilarz mógł spokojnie obserwować, jak piłka latała daleko od jego pola karnego. W drużynie gości nie było zawodnika, który wziąłby ciężar gry na siebie. Janota nie miał swojego dnia, a do Trytki nie docierały praktycznie żadne podania. Cracovia, coraz bardziej napędzana przez kibiców, mądrze się broniła i dążyła do zdobycia drugiego gola. Nie siliła się na piękną grę, ale stosowała proste metody. Obrońcy lub pomocnicy gospodarzy szukali długą, górną piłką Zjawińskiego lub Dialiby Boubacara. Po jednym z takich podań król strzelców zeszłego sezonu w I lidze stanął oko w oko z Cerniauskasem, lecz przegrał ten pojedynek. A stare powiedzenie mówi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Nie inaczej było i tym razem…
Paweł Golański, kapitan Korony, który grał, biegając na jednej nodze przez całą drugą połowę, dośrodkował z rzutu wolnego w pole karne. Po wielkim zamieszaniu w polu karnym Steblecki niefortunnie dotknął piłki ręką, a sędzia Gil wskazał na wapno. Rzut karny pewnie wykorzystał Trytko i doprowadził do wyrównania. Chaotyczna końcówka dostarczyła kibicom wielu emocji. Gdy wszystkim wydawało się, że nikt nie przechyli szali zwycięstwa na swoją korzyść, gospodarze uzyskali rzut wolny z bocznej strefy boiska. Dośrodkowanie dotarło do Budzińskiego, który swój dobry występ udekorował golem w 94. minucie. Takie sytuacje zdarzają się dość często, jednak nie zawsze bramki padają z tak ewidentnych spalonych. Strzelec bramki, jak i czterech innych zawodników Cracovii znajdowali się na pozycji spalonej, jednak asystent arbitra nie postanowił podnieść chorągiewki do góry. I tym samym sprezentował piłkarzom z Krakowa trzy punkty. Chyba zapomniał, że Mikołaj rozdaje prezenty dopiero w grudniu…











