Boxing Day to wyjątkowy dzień dla wszystkich ludzi w Anglii. To właśnie 26 grudnia szefowie firm i fabryk wręczali swoim podwładnym prezenty zgodnie z tradycją wywodzącą się jeszcze ze średniowiecza. Dla uczczenia ludzi pracujących w dawnych czasach (ale i obecnie) w tym dniu nie próżnują także piłkarze, którzy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia rozgrywają swoje mecze, obdarowując ludzi emocjami.
David Moyes (fot. skysports.com)
Kolejka rozpoczyna się o godzinie 16:00, kiedy rozegranych zostanie aż siedem meczów. Odwołano za to spotkanie Arsenalu z West Hamem, tego dnia zaplanowany jest bowiem strajk pracowników metra i mogłoby dojść do problemów komunikacyjnych.
Roberto Mancini (fot. skysports.com)
Na pierwszy rzut idzie Everton – Wigan. Na Goodison Park przyjeżdża 18. drużyna ligi, czyli Wigan. Chłopcy Roberto Martineza mają nie lada orzech do zgryzienia, podopieczni Davida Moyesa zajmują bowiem wysokie piąte miejsce i to ich należy uznać za bitych faworytów tego spotkania. W poprzedniej kolejce „The Latics” bronili się dzielnie przed Arsenalem, ulegając minimalnie po problematycznym rzucie karnym egzekwowanym przez Mikela Artetę. „The Toffees” uporali się za to 2:1 z West Hamem, ale w jeszcze bardziej kontrowersyjnych okolicznościach, bo różnie mogłoby potoczyć się starcie z „Młotami”, gdyby arbiter Anthony Taylor nie wyrzucił przy stanie 1:1 Carltona Cole’a, czym dobitnie pomógł drużynie z niebieskiej części Liverpoolu. Everton powinien zainkasować w meczu z Wigan pewne trzy punkty, każdy inny rezultat będzie można uznać za niespodziankę.
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
W następnym pojedynku na Craven Cottage przyjeżdżają „Święci” z Southampton. Fulham zajmuje 13. miejsce, a ekipa Nigela Adkinsa znajduje się tuż nad strefą spadkową, mając jedno zaległe spotkanie w zanadrzu. „The Cottagers” grają delikatnie mówiąc w kratkę, a w weekend dostali srogie baty (4:0) od wygłodniałej watahy Stevena Gerrarda. Martin Jol ma nad czym myśleć, bo widmo relegacji coraz poważniej wychyla się zza horyzontu, spoglądając w oczy prezesowi Fulham Mohamedowi Al-Fayedowi. Drużyna z Londynu po letnim wyrwaniu swoich dwóch zębów trzonowych (Dembele i Dempsey) przez dentystę z Tottenhamu nie potrafi się otrząsnąć, a kuleje zwłaszcza gra w drugiej linii. Sam Berbatow sprawy nie załatwi, dlatego trudne czasy czekają Fulham. Różnie toczą się też losy „Świętych”. Po początkowym szoku spowodowanym zmianą ligi (to beniaminek) otrząsnęli się nieco, ale w dalszym ciągu ich grę cechuje cała paleta wyników, na przemian porażki, zwycięstwa i remisy. Jutrzejszy mecz z Fulham to idealne spotkanie na podział punktów.
W następnej kolejności mamy potencjalny hit kolejki. Na Old Trafford przyjeżdżają bowiem „Sroki” Alana Pardewa. Drużyna w kryzysie, jednak w dalszym ciągu szalenie wartościowa, o ogromnym potencjale. Którego miejsca by nie zajmowali, nie wierzę, iż na taki mecz nie zmobilizują się odpowiednio Demba Ba, Papiss Demba Cisse czy Hatem Ben Arfa. Sam Pardew liczy w końcu na przełamanie swoich „Geordies”, prawie dokładnie rok temu „Sroki” ograły bowiem „Czerwone Diabły” aż 3:0. Czyżby więc powtórka z rozrywki? Idealny moment na odwrócenie losów dla Colocciniego i spółki. United przystąpią za to bardzo podrażnieni zaledwie weekendowym remisem ze Swansea. „Łabędzie” pokazały, że umieją ugryźć i nie dały się ekipie Fergusona, wywalczając cenny punkt. Ekipa z czerwonej części Manchesteru potraktowała jednak ten sam remis jako stratę dwóch punktów, ponieważ przewaga nad drugim w tabeli City stopniała do jedynie czterech oczek. Ferguson i ekipa pałają już żądzą rewanżu, aby pokazać, że był to jedynie wypadek przy pracy. Różnie może być w tym meczu, ze wskazaniem jednak na United.
Michu (fot. skysports.com)
Na Carrow Road przybywa za to TGV spod znaku Chelsea, która po rozjechaniu 8:0 Aston Villi nie ma wcale dość i pewnie chciałaby powtórzyć ten sam wynik przeciwko drużynie Chrisa Hughtona. Garnitur przeciwników „The Blues” jest jednak nieporównywalnie lepszy, zatem nie spodziewajmy się aż takich fajerwerków. Romelu Lukaku, strzelając bramkę w końcówce spotkania WBA – Norwich na 2:1, przerwał fantastyczną serię meczów bez porażki „Kanarków”, zmazując chwilowo uśmiech z twarzy kibiców z Carrow Road. Każda passa kiedyś się kończy i przekonamy się, czy Hughton znów natchnie i skieruje swoją drużynę na ścieżkę zwycięstw. Zadanie ma arcytrudne, swój rytm złapali bowiem „The Blues” i znów przypominają walec z początku sezonu, kiedy nie znali litości dla przeciwników, kasując raz po raz trzy punkty i nie biorąc przy tym żadnych jeńców. Faworytem oczywiście Chelsea.
Steven Fletcher, Sunderland (fot. skysports.com)
Magiczna ręka Harry’ego „Houdini” Redknappa zaczyna powoli przynosić rezultaty. Nie są to na razie wybitne, zapierające dech w piersiach czary, ale jedynie małe kuglarskie triki. Lepsze to jednak niż nic, za Hughesa bowiem zespół spisywał się fatalnie, potrzeba zatem najpierw małych kroczków, aby móc stanąć porządnie na nogi. Co prawda QPR przegrało w weekend minimalnie (0:1) z Newcastle, można jednak odczuć poprawę jakości w grze drużyny z Loftus Road, widać wreszcie jakąkolwiek rękę trenera, konkretną wizję gry. WBA stało się za to drużyną pełną gębą. Chłodny w swoich kalkulacjach oraz reakcjach Steve Clarke okazał się być menedżerem więcej niż dobrym, pokazując, że rośnie być może nowa siła w Anglii. West Brom co prawda zaciął się troszkę w ostatnim czasie, drużyna jednak zajmuje mocne, siódme miejsce z widokami na puchary. WBA w weekend przerwało świetną passę Norwich, dopisując ważne trzy punkty na swoje konto. Ekipa Steve’a Clarke’a znów jest na fali wznoszącej i to w niej należy upatrywać faworytów jutrzejszego starcia.
Tony Pulis (fot. skysports.com)
W kolejnym meczu na Madejski Stadium przypłyną walijskie „Łabędzie”, czyli Swansea. Ekipa Michaela Laudrupa podbudowała się bardzo weekendowym „zwycięskim” remisem z Manchesterem United. Chico i bardzo niegrzeczny tego dnia Ashley Williams brawurowo dyrygowali obroną, a w ataku swoje zrobił magiczny Michu. Hiszpan co rusz zaprzecza wszystkim ekspertom, którzy z kolejki na kolejkę wieszczą jego strzeleckie zacięcie, ale nic z tego. Michu zawładnął wyobraźnią tłumów i jeśli utrzyma obecną formę, w maju założy na głowę koronę króla strzelców. O Swansea piszemy ciągle, zawsze w podobnym tonie, więc już nie napiszemy, że grają ładnie dla oka, ani nie będziemy pod niebiosa wychwalać pracy Rodgersa i jego sukcesora Laudrupa. „Królewscy” z Reading zmierzyli się za to w weekend z aktualnym mistrzem Anglii, czyli Manchesterem City. Podopieczni Briana McDermotta bronili się dzielnie, przełamał ich jednak w końcu Gareth Barry piękną główką tuż przed końcem spotkania. „The Royals” zamykają ligową tabelę, mając punkt mniej niż QPR. Queens Park ma jednak bardziej optymistyczne widoki na przyszłość i raczej nie spadnie, za to przed Reading trudne zadanie, aby w sierpniu 2013 roku zacząć sezon ponownie w Premier League. Faworytem meczu Swansea.
Rafael Benitez (fot. Skysports.com)
W ostatnim jutrzejszym spotkaniu rozgrywanym o godzinie 16:00 na Stadium of Light przybędzie ekipa Roberto Manciniego. City niczym doberman ujada za plecami United, goniąc ich dzielnie. Parę dni temu gracze z Etihad Stadium zmniejszyli dystans do ekipy SAF-a już do czterech punktów. Czerwona część Manchesteru czuje już na plecach oddech hałaśliwych sąsiadów, tym lepiej dla rywalizacji w lidze. Ekipa Martina O’Neilla zajmuje 15. miejsce w tabeli, jest typowym średniakiem, który czasem ukradnie punkty bogatszym i lepszym, a czasem je sprezentuje jeszcze gorszym i biedniejszym. Będzie to raczej jednostronny mecz bez historii, chociaż było już kiedyś takie spotkanie, kiedy pewien Koreańczyk strzelił w 93. minucie bramkę na 1:0 dla Sunderlandu, powodując grymas złości i smutku na twarzy Roberto Manciniego…
O 18:30 na Villa Park drużyna Paula Lamberta podejmie „Koguty” Andre Villas-Boasa. Portugalski menedżer będzie dziś pewnie przed snem liczył w myślach bramki, które jego drużyna strzeli jutro w Birmingham. Pastwiliśmy się już dzisiaj wystarczająco nad AV, dlatego zostawimy ją już w spokoju, skupiając się na drużynie z White Hart Lane. Tottenham zajmuje bardzo wysokie, szóste miejsce w stawce, śmiało rozmyślając o hymnie Georga Friedricha Handla granym przed każdym meczem Ligi Mistrzów. W ostatniej kolejce „Koguty” zremisowały bezbramkowo ze Stoke. Bardzo ciekawie przedstawia się sytuacja w tabeli, cztery zespoły mają bowiem 30 punktów po 18 kolejkach. Są to: Arsenal, WBA, Everton i właśnie Tottenham. Wszystko to może zmienić się po świętach.
W ostatnim, wieczornym meczu na Britannia Stadium przyjedzie rozochocony Liverpool, który w weekend pokazał miejsce w szeregu Fulham, a niemalże wszyscy gracze „The Reds” rozegrali popisową partię. Downing przypomniał światu, że jednak potrafi jeszcze czarować z piłką przy nodze, kapitalną partię rozegrali Gerrard i Suarez. Stoke zremisował za to 0:0 na White Hart Lane, pokazując wszem i wobec to, co wszyscy już wiedzą, mianowicie że są prawdziwymi twardzielami i mogą obciąć punkty wszystkim. Tony Pulis jest prawdziwym magikiem i na bazie fizyczności, hartu ducha i brutalnej wręcz siły ulepił całkiem niezłą drużynę, która zajmuje spokojne 10. miejsce w tabeli BPL. Może być mecz na remis.
Premier League nie zwalnia zatem tempa i szykuje dla nas prawdziwy prezent, który odpakujemy już jutro, podziwiając zmagania w najlepszej lidze świata.
Liczę na zwycięstwo chelsea i na potknięcie
któregoś z manchesterów
Dodaj komentarz
Boxing Day to wyjątkowy dzień dla wszystkich ludzi w Anglii. To właśnie 26 grudnia szefowie firm i fabryk wręczali swoim podwładnym prezenty zgodnie z tradycją wywodzącą się jeszcze ze średniowiecza. Dla uczczenia ludzi pracujących w dawnych czasach (ale i obecnie) w tym dniu nie próżnują także piłkarze, którzy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia rozgrywają swoje mecze, obdarowując ludzi emocjami.
David Moyes (fot. skysports.com)
Kolejka rozpoczyna się o godzinie 16:00, kiedy rozegranych zostanie aż siedem meczów. Odwołano za to spotkanie Arsenalu z West Hamem, tego dnia zaplanowany jest bowiem strajk pracowników metra i mogłoby dojść do problemów komunikacyjnych.
Roberto Mancini (fot. skysports.com)
Na pierwszy rzut idzie Everton – Wigan. Na Goodison Park przyjeżdża 18. drużyna ligi, czyli Wigan. Chłopcy Roberto Martineza mają nie lada orzech do zgryzienia, podopieczni Davida Moyesa zajmują bowiem wysokie piąte miejsce i to ich należy uznać za bitych faworytów tego spotkania. W poprzedniej kolejce „The Latics” bronili się dzielnie przed Arsenalem, ulegając minimalnie po problematycznym rzucie karnym egzekwowanym przez Mikela Artetę. „The Toffees” uporali się za to 2:1 z West Hamem, ale w jeszcze bardziej kontrowersyjnych okolicznościach, bo różnie mogłoby potoczyć się starcie z „Młotami”, gdyby arbiter Anthony Taylor nie wyrzucił przy stanie 1:1 Carltona Cole’a, czym dobitnie pomógł drużynie z niebieskiej części Liverpoolu. Everton powinien zainkasować w meczu z Wigan pewne trzy punkty, każdy inny rezultat będzie można uznać za niespodziankę.
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
W następnym pojedynku na Craven Cottage przyjeżdżają „Święci” z Southampton. Fulham zajmuje 13. miejsce, a ekipa Nigela Adkinsa znajduje się tuż nad strefą spadkową, mając jedno zaległe spotkanie w zanadrzu. „The Cottagers” grają delikatnie mówiąc w kratkę, a w weekend dostali srogie baty (4:0) od wygłodniałej watahy Stevena Gerrarda. Martin Jol ma nad czym myśleć, bo widmo relegacji coraz poważniej wychyla się zza horyzontu, spoglądając w oczy prezesowi Fulham Mohamedowi Al-Fayedowi. Drużyna z Londynu po letnim wyrwaniu swoich dwóch zębów trzonowych (Dembele i Dempsey) przez dentystę z Tottenhamu nie potrafi się otrząsnąć, a kuleje zwłaszcza gra w drugiej linii. Sam Berbatow sprawy nie załatwi, dlatego trudne czasy czekają Fulham. Różnie toczą się też losy „Świętych”. Po początkowym szoku spowodowanym zmianą ligi (to beniaminek) otrząsnęli się nieco, ale w dalszym ciągu ich grę cechuje cała paleta wyników, na przemian porażki, zwycięstwa i remisy. Jutrzejszy mecz z Fulham to idealne spotkanie na podział punktów.
Piłkarz Liverpoolu (fot. Skysports.com)
W następnej kolejności mamy potencjalny hit kolejki. Na Old Trafford przyjeżdżają bowiem „Sroki” Alana Pardewa. Drużyna w kryzysie, jednak w dalszym ciągu szalenie wartościowa, o ogromnym potencjale. Którego miejsca by nie zajmowali, nie wierzę, iż na taki mecz nie zmobilizują się odpowiednio Demba Ba, Papiss Demba Cisse czy Hatem Ben Arfa. Sam Pardew liczy w końcu na przełamanie swoich „Geordies”, prawie dokładnie rok temu „Sroki” ograły bowiem „Czerwone Diabły” aż 3:0. Czyżby więc powtórka z rozrywki? Idealny moment na odwrócenie losów dla Colocciniego i spółki. United przystąpią za to bardzo podrażnieni zaledwie weekendowym remisem ze Swansea. „Łabędzie” pokazały, że umieją ugryźć i nie dały się ekipie Fergusona, wywalczając cenny punkt. Ekipa z czerwonej części Manchesteru potraktowała jednak ten sam remis jako stratę dwóch punktów, ponieważ przewaga nad drugim w tabeli City stopniała do jedynie czterech oczek. Ferguson i ekipa pałają już żądzą rewanżu, aby pokazać, że był to jedynie wypadek przy pracy. Różnie może być w tym meczu, ze wskazaniem jednak na United.
Michu (fot. skysports.com)
Na Carrow Road przybywa za to TGV spod znaku Chelsea, która po rozjechaniu 8:0 Aston Villi nie ma wcale dość i pewnie chciałaby powtórzyć ten sam wynik przeciwko drużynie Chrisa Hughtona. Garnitur przeciwników „The Blues” jest jednak nieporównywalnie lepszy, zatem nie spodziewajmy się aż takich fajerwerków. Romelu Lukaku, strzelając bramkę w końcówce spotkania WBA – Norwich na 2:1, przerwał fantastyczną serię meczów bez porażki „Kanarków”, zmazując chwilowo uśmiech z twarzy kibiców z Carrow Road. Każda passa kiedyś się kończy i przekonamy się, czy Hughton znów natchnie i skieruje swoją drużynę na ścieżkę zwycięstw. Zadanie ma arcytrudne, swój rytm złapali bowiem „The Blues” i znów przypominają walec z początku sezonu, kiedy nie znali litości dla przeciwników, kasując raz po raz trzy punkty i nie biorąc przy tym żadnych jeńców. Faworytem oczywiście Chelsea.
Steven Fletcher, Sunderland (fot. skysports.com)
Magiczna ręka Harry’ego „Houdini” Redknappa zaczyna powoli przynosić rezultaty. Nie są to na razie wybitne, zapierające dech w piersiach czary, ale jedynie małe kuglarskie triki. Lepsze to jednak niż nic, za Hughesa bowiem zespół spisywał się fatalnie, potrzeba zatem najpierw małych kroczków, aby móc stanąć porządnie na nogi. Co prawda QPR przegrało w weekend minimalnie (0:1) z Newcastle, można jednak odczuć poprawę jakości w grze drużyny z Loftus Road, widać wreszcie jakąkolwiek rękę trenera, konkretną wizję gry. WBA stało się za to drużyną pełną gębą. Chłodny w swoich kalkulacjach oraz reakcjach Steve Clarke okazał się być menedżerem więcej niż dobrym, pokazując, że rośnie być może nowa siła w Anglii. West Brom co prawda zaciął się troszkę w ostatnim czasie, drużyna jednak zajmuje mocne, siódme miejsce z widokami na puchary. WBA w weekend przerwało świetną passę Norwich, dopisując ważne trzy punkty na swoje konto. Ekipa Steve’a Clarke’a znów jest na fali wznoszącej i to w niej należy upatrywać faworytów jutrzejszego starcia.
Tony Pulis (fot. skysports.com)
W kolejnym meczu na Madejski Stadium przypłyną walijskie „Łabędzie”, czyli Swansea. Ekipa Michaela Laudrupa podbudowała się bardzo weekendowym „zwycięskim” remisem z Manchesterem United. Chico i bardzo niegrzeczny tego dnia Ashley Williams brawurowo dyrygowali obroną, a w ataku swoje zrobił magiczny Michu. Hiszpan co rusz zaprzecza wszystkim ekspertom, którzy z kolejki na kolejkę wieszczą jego strzeleckie zacięcie, ale nic z tego. Michu zawładnął wyobraźnią tłumów i jeśli utrzyma obecną formę, w maju założy na głowę koronę króla strzelców. O Swansea piszemy ciągle, zawsze w podobnym tonie, więc już nie napiszemy, że grają ładnie dla oka, ani nie będziemy pod niebiosa wychwalać pracy Rodgersa i jego sukcesora Laudrupa. „Królewscy” z Reading zmierzyli się za to w weekend z aktualnym mistrzem Anglii, czyli Manchesterem City. Podopieczni Briana McDermotta bronili się dzielnie, przełamał ich jednak w końcu Gareth Barry piękną główką tuż przed końcem spotkania. „The Royals” zamykają ligową tabelę, mając punkt mniej niż QPR. Queens Park ma jednak bardziej optymistyczne widoki na przyszłość i raczej nie spadnie, za to przed Reading trudne zadanie, aby w sierpniu 2013 roku zacząć sezon ponownie w Premier League. Faworytem meczu Swansea.
Rafael Benitez (fot. Skysports.com)
W ostatnim jutrzejszym spotkaniu rozgrywanym o godzinie 16:00 na Stadium of Light przybędzie ekipa Roberto Manciniego. City niczym doberman ujada za plecami United, goniąc ich dzielnie. Parę dni temu gracze z Etihad Stadium zmniejszyli dystans do ekipy SAF-a już do czterech punktów. Czerwona część Manchesteru czuje już na plecach oddech hałaśliwych sąsiadów, tym lepiej dla rywalizacji w lidze. Ekipa Martina O’Neilla zajmuje 15. miejsce w tabeli, jest typowym średniakiem, który czasem ukradnie punkty bogatszym i lepszym, a czasem je sprezentuje jeszcze gorszym i biedniejszym. Będzie to raczej jednostronny mecz bez historii, chociaż było już kiedyś takie spotkanie, kiedy pewien Koreańczyk strzelił w 93. minucie bramkę na 1:0 dla Sunderlandu, powodując grymas złości i smutku na twarzy Roberto Manciniego…
O 18:30 na Villa Park drużyna Paula Lamberta podejmie „Koguty” Andre Villas-Boasa. Portugalski menedżer będzie dziś pewnie przed snem liczył w myślach bramki, które jego drużyna strzeli jutro w Birmingham. Pastwiliśmy się już dzisiaj wystarczająco nad AV, dlatego zostawimy ją już w spokoju, skupiając się na drużynie z White Hart Lane. Tottenham zajmuje bardzo wysokie, szóste miejsce w stawce, śmiało rozmyślając o hymnie Georga Friedricha Handla granym przed każdym meczem Ligi Mistrzów. W ostatniej kolejce „Koguty” zremisowały bezbramkowo ze Stoke. Bardzo ciekawie przedstawia się sytuacja w tabeli, cztery zespoły mają bowiem 30 punktów po 18 kolejkach. Są to: Arsenal, WBA, Everton i właśnie Tottenham. Wszystko to może zmienić się po świętach.
W ostatnim, wieczornym meczu na Britannia Stadium przyjedzie rozochocony Liverpool, który w weekend pokazał miejsce w szeregu Fulham, a niemalże wszyscy gracze „The Reds” rozegrali popisową partię. Downing przypomniał światu, że jednak potrafi jeszcze czarować z piłką przy nodze, kapitalną partię rozegrali Gerrard i Suarez. Stoke zremisował za to 0:0 na White Hart Lane, pokazując wszem i wobec to, co wszyscy już wiedzą, mianowicie że są prawdziwymi twardzielami i mogą obciąć punkty wszystkim. Tony Pulis jest prawdziwym magikiem i na bazie fizyczności, hartu ducha i brutalnej wręcz siły ulepił całkiem niezłą drużynę, która zajmuje spokojne 10. miejsce w tabeli BPL. Może być mecz na remis.
Premier League nie zwalnia zatem tempa i szykuje dla nas prawdziwy prezent, który odpakujemy już jutro, podziwiając zmagania w najlepszej lidze świata.