No i nie mieli jednak Majowie racji. Godzina 12:12 minęła, a cała Polska wyszła ze schronów i ponownie ruszyła na przedświąteczne zakupy. Jak dobrze, że świat nie skończył się akurat przed świętami. To przecież właśnie teraz zaczyna się najgorętszy okres w Premier League!
Santi Cazorla (fot. Skysports.com)
Sir Alex Ferguson i reszta menedżerów zwykli mawiać, że kto lideruje w tabeli akurat teraz, ten zostaje tu aż do maja. Jeśli ta maksyma się sprawdzi, United jest na najlepszej drodze do odebrania palmy pierwszeństwa chłopcom Manciniego. „Noisy Neighbours” nie oddadzą jednak łatwo skóry, mimo iż tracą już sześć punktów do znienawidzonych rywali zza miedzy. Do 2 stycznia czekają nas aż cztery kolejki, a to oznacza dwie rzeczy.
Po pierwsze, w tabeli może dojść do przetasowań i może się wiele zmienić. Święta to czas, kiedy menedżerowie rotują teamami i wychodzi prawdziwa wartość zmienników w drużynach, ponieważ – może oprócz Rooneya i paru innych graczy – niewielu daje radę rozegrać cztery mecze w 11 dni. Głębia składu przede wszystkim.
Demba Ba (fot. skysports.com)
Po drugie, mamy przed sobą dużo angielskiej piłki! Jeśli myślisz, że mama, tata lub dziewczyna dadzą Ci lepszy prezent niż Premier League zasypująca Cię nieustannie wrażeniami i emocjami podczas przerwy świątecznej, to jesteś w błędzie tak grubym jak brzuch po Wigilii.
Zapraszam zatem na zapowiedź 18. kolejki.
Zaczyna się ona 22 grudnia o godzinie 13:45 czasu polskiego, a na DW Stadium przyjeżdżają „Kanonierzy” mocno nakręceni wygraną z Reading 5:2 oraz świątecznymi popisami wokalnymi, wśród których królował oczywiście nikt inny, jak nasz Wojtek i jego „They call me Szczęsny”. Swój rytm podtrzymuje Santi Cazorla, który chłopcom z Madejski Stadium zaaplikował pierwszego hat-tricka na Wyspach i mógł wziąć do domu żółtą piłkę Premier League. Takiego św. Mikołaja to ja akurat bym się bał i Roberto Martinez ma duża zagwozdkę, jak zneutralizować małego maestro z Półwyspu Iberyjskiego. W ostatniej kolejce Wigan przegrało z fenomenalnym Norwich 1:2 i zajmuje obecnie 17. lokatę w tabeli. Trudne święta czekają chłopców Martineza – w rytm kolędy „Santi Cazorla is coming to town”.
Po takim wstępniaczku czeka nas kolejnych sześć meczów, które zostaną rozegrane w sobotę o tej samej godzinie, czyli o 16.
„Królewscy” – jak to dumnie brzmi. Oczywiście w wykonaniu Realu Madryt. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że „The Royals” to także przydomek Reading. Patrząc na ich dokonania w obecnej kampanii, określenie to jednak lekko trąci myszką i wywołuje jedynie uśmieszek na twarzy. Drużyna Briana McDermotta zajmuje ostatnią lokatę w BPL i zapewne spadnie, mimo iż gra tam paru ciekawych zawodników. W ostatniej kolejce dostali lanie od Wengera, a teraz zapowiada się kolejne, nie mniejsze. Adam LeFondre i koledzy jadą bowiem na Etihad Stadium, gdzie Tevez i spółka już zacierają ręce, by dopisać sobie łatwe świąteczne trzy punkty. Hola jednak, mości Panowie! Murawa weryfikuje wszystko, są w końcu święta i marzenia się spełniają, więc nie odmawiajmy chłopakom z Madejski Stadium choć cienia szansy. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Każdy wynik poniżej 4:0 dla City trzeba będzie uznać za niespodziankę.
Alan Pardew – największy farciarz w Premier League. W zeszłym sezonie ugrał z Newcastle więcej, niż każdy mógł się spodziewać. W nagrodę ugryzł kontrakt marzenie, podpisany aż na osiem (!) lat. BPL to nie polska liga, a więc nikt tu nie zwalnia po kilku złych meczach i Pardew trwa na swoim stołku. „Sroki” rozczarowują jednak w obecnej kampanii, nie przypominając drużyny z zeszłego sezonu zdolnej do wypatroszenia każdego, kto wpadnie im w szpony. „Geordies” w ubiegłej kolejce przegrali 1:3 z aktualnym mistrzem City i zajmują dopiero 15. miejsce na 20 zespołów w stawce. Frustracja kibiców z St. James Park rośnie z dnia na dzień, nic więc dziwnego, iż zaczynają domagać się głowy białowłosego Anglika. Newcastle przyjdzie zmierzyć się z jeszcze weselszą ekipą, czyli Queens Park Rangers. Miesiąc miodowy „Arry’ego” trwa i w kontekście dokonań jego poprzednika Hughesa to QPR gra ostatnio, nazywając sprawę pieszczotliwie, nie najgorzej. Nie przegrał od czterech kolejek, zdobył w tym czasie sześć punktów, a prym wiedzie pewien marokański czarodziej. Ciekawy to będzie mecz, rozstrzygnięcie możliwe w każdą stronę.
Raheem Sterling (fot. Skysports.com)
W następnym spotkaniu na St. Mary’s Stadium przyjeżdżają chłopcy ze Stadionu Światła, szykuje nam się zatem jakiś prawdziwie niebiański pojedynek. W 2012 roku Nigel Adkins i Martin O’Neill nie byli chyba jednak idealnie grzeczni, bo siły niebieskie nie wspierają za bardzo ich drużyn, patrząc na lokaty, które zajmują w tabeli. „Czarne Koty” są na 16. miejscu, a „Święci” na 18., za to z jednym zaległym meczem do rozegrania. Będzie to zatem pojedynek z rodzaju za sześć punktów. Może się i tak zdarzyć, że sobotnie spotkanie odbije się którejś ekipie gigantyczną czkawką relegacji z BPL w maju, czego oczywiście nikomu nie życzymy. Są w końcu święta.
Rozsiadł się nam wygodnie ten Stoke w górze tabeli i dobrze mu tam widać, bo podopieczni Tony’ego Pulisa ani myślą wracać do drugiej dziesiątki ligi. Oto przykład, jak ciężka praca i katorżnicze boiskowe wyrobnictwo może przynieść wspaniałe efekty. Stoke gra swoje i nie ogląda się na innych. Tym razem Crouch & co. jadą na White Hart Lane, gdzie zmierzą się z Tottenhamem zajmującym jeszcze wyższe, czwarte miejsce w stawce. Ludzie AVB otrzepali się po zaskakującej końcówce z Evertonem, zwyciężając 1:0 Swansea po golu niesamowitego Jana Vertonghena. Były as Ajaksu zaczyna robić to, czym czarował nas w Eredivisie. Niczym bolid F1 jeździ po linii bocznej, z miejsca stając się czołowym bocznym defensorem ligi. A to przecież nie jest jego optymalna pozycja! Jeden z lepszych letnich nabytków w Anglii. Zapowiada się trudny mecz, ze wskazaniem na Tottenham.
Gareth Bale, Jermain Defoe, Tottenham Hotspur (fot. Skysports.com)
Kolejny ciekawy pojedynek szykuje nam się na The Hawthorns. Ekipa Steve’a Clarke’a, delikatnie mówiąc, lekko osiadła na laurach i przynajmniej wiemy, że menedżer WBA jest jedynie człowiekiem, a nie jakimś czarodziejem. Przydałoby mu się odrobić trochę punktów, które jego podopieczni pogubili w ostatnich kolejkach. Zadanie ma doprawdy niełatwe, do West Bromu przyjeżdżają bowiem „Kanarki”, albo raczej „Super Kanarki”, których passa bez porażki trwa, trwa i trwa i nie zanosi się, aby miała się kiedyś zakończyć. Gang Chrisa Hughtona po koszmarnym wręcz początku sezonu jest już na ósmym miejscu, sen toczy się zatem dalej. Ciekawe, czy tęsknią za nim na St. James Park? Coś mi mówi, że będzie remis.
Na Upton Park przyjeżdża za to Everton. Będzie solidne, męskie granie spod znaku panów Moyesa oraz Allardyce’a. West Ham trzyma się dalej dzielnie. Co prawda wypadł z pierwszej dziesiątki, jednak jak na beniaminka nie powinien marudzić, bo lokata 11. jest całkiem, całkiem i gwarantuje w miarę spokojne święta. „The Toffees” za to gdzieś odłożyli na bok swoje nieśmiałe sny o Lidze Mistrzów, popadając w mały zimowy letarg i spadając na szóstą lokatę w puli. Jeśli chcą zaistnieć na jesieni 2013 w LM, muszą się wziąć do roboty. Tak samo jako West Ham, który po obiecującym początku zaczyna coraz bardziej seryjnie gubić punkty niczym uczniak z pierwszej klasy oddający kanapki starszym kolegom.
W ostatnim sobotnim meczu na Anfield Road przybędą goście z Craven Cottage. Bezpośredni sąsiedzi w tabeli (miejsca odpowiednio 12. i 13.) stoczą prawdziwy bój o świąteczny prezent. „The Cottagers” w ostatniej kolejce ulegli szukającemu desperacko nowej jakości QPR, a „The Reds” zbłaźnili się wręcz, dostając srogie lanie z rąk Christiana Benteke i jego Aston Villi. Obie ekipy grają słabo w obecnej edycji BPL, oczywiście w stosunku do ich możliwości. Okręt Rodgersa pływa dzielnie, jednak w momencie, gdy wszyscy już myślą, że rozwinął pełne żagle i zaatakuje otwarte morze, Liverpool łapie doła, z powrotem wpływając do portu z podkulonym ogonem. Wataha Martina Jola próbuje za to wszelkimi możliwymi sposobami łapać punkty niczym oddech, licząc po cichutku, iż suma wdechów pozwoli jej jakoś dotrwać do maja, a pacjent nie umrze przed końcem operacji, idąc do piekła zwanego „The Championship”. Będzie twardy bój.
W niedzielę 23 grudnia czekają nas jedynie dwa mecze. W pierwszym z nich na Liberty Stadium z wizytacją przyjedzie lider, a odwiedziny nie będą nosiły żadnych znamion spotkania przy opłatku. Drużyna sir Aleksa ostro idzie po swoje niczym flotylla imperium, kolekcjonując po kolei następne planety ku chwale Lorda Vadera. SAF doczekał się kolejnej świetnej ekipy, której kwartet smyczkowy „Wazza” – RvP – Welbeck – „Chicharito” można śmiało zacząć porównywać do tego legendarnego Yorke – Cole – Sherringam – Solskjaer. United są na pierwszym miejscu w tabeli i nie zanosi się, aby mieli zwolnić. Wydaje się za to, że Ferguson przechytrzył czas i wszystkich dookoła i ten ostatni (?) raz znów zagra wszystkim swoim oponentom na nosie, podnosząc po raz kolejny w górę puchar BPL. No ok, ale to nie maj, trzeba jeszcze po drodze pokonać Swansea. Michael Laudrup kontynuuje dzieło swojego poprzednika, hołdując piłce miłej dla oka, perfekcyjnej do niedzielnego popołudnia, niepsującej smaku porządnego obiadu. „Łabędzie” przystąpią do meczu po dwóch porażkach z rzędu, zatem będą głodne i mogą narobić sporo przykrości „Czerwonym Diabłom”.
Arsene Wenger i Andre Villas-Boas (fot. Skysports.com)
W spotkaniu wieńczącym 18. kolejkę Premier League na Stamford Bridge przyjedzie opromieniona wiktorią nad „The Reds” Aston Villa Paula Lamberta. Ekipa Rafy Beniteza zakończyła już za to wojaże, uczestniczyła bowiem w średnio poważnych klubowych mistrzostwach świata, które są rozgrywkami zrobionymi chyba przede wszystkim dla wytrącania trenerów oraz zawodników z rytmu sezonu. Szkoda, że Benitez na takowy turniej nie wziął samych juniorów, a reszcie nie dał po prostu wolnego. FIFA myśli jednak globalnie, dlatego zdobywca LM musi niestety uczestniczyć w tego typu ogórkowych rozgrywkach. W swoim ostatnim ligowym meczu „The Blues” rozprawili się 3:1 z Sunderlandem, a przełamał się w końcu „El Nino”. Czy Torres zaskoczy jutro? Czeka go ciekawy pojedynek ze wschodzącą gwiazdką prosto z Belgii, mianowicie Christianem Benteke. Chelsea walczy o zmniejszenie dystansu do drugiego w tabeli City (ma jeden mecz zaległy), a AV o dźwignięcie się z niezbyt zaszczytnej 14. lokaty w ligowej stawce. Gospodarze zdecydowanym faworytem.
Szykuje się nam zatem solidna dawka emocji. Kolejki w Tesco, mróz za oknem, cóż pozostaje nam więc lepszego niż delektowanie się daniem zwanym Premier League? No i jest jedna zasadnicza przewaga strawy angielskiej nad tą normalną. Jaka? Nią nie można się przejeść, człowiek zawsze chce więcej i więcej!
No, rozpisałeś się i to sporo, ale za dużo w tym
tekście jakichś głupich porównań i suchych
tekstów-żarcików.
KM
Kuba Machowina
Nie spinaj się tak, są Święta ;)
~
~Amen
Wyje.bczyście, ale jak już się żartuje albo do
czegoś porównuje, to niech to chociaż będzie
śmieszne. Drugi Karol, kur.wa.
Amen.
Dodaj komentarz
No i nie mieli jednak Majowie racji. Godzina 12:12 minęła, a cała Polska wyszła ze schronów i ponownie ruszyła na przedświąteczne zakupy. Jak dobrze, że świat nie skończył się akurat przed świętami. To przecież właśnie teraz zaczyna się najgorętszy okres w Premier League!
Santi Cazorla (fot. Skysports.com)
Sir Alex Ferguson i reszta menedżerów zwykli mawiać, że kto lideruje w tabeli akurat teraz, ten zostaje tu aż do maja. Jeśli ta maksyma się sprawdzi, United jest na najlepszej drodze do odebrania palmy pierwszeństwa chłopcom Manciniego. „Noisy Neighbours” nie oddadzą jednak łatwo skóry, mimo iż tracą już sześć punktów do znienawidzonych rywali zza miedzy. Do 2 stycznia czekają nas aż cztery kolejki, a to oznacza dwie rzeczy.
Po pierwsze, w tabeli może dojść do przetasowań i może się wiele zmienić. Święta to czas, kiedy menedżerowie rotują teamami i wychodzi prawdziwa wartość zmienników w drużynach, ponieważ – może oprócz Rooneya i paru innych graczy – niewielu daje radę rozegrać cztery mecze w 11 dni. Głębia składu przede wszystkim.
Demba Ba (fot. skysports.com)
Po drugie, mamy przed sobą dużo angielskiej piłki! Jeśli myślisz, że mama, tata lub dziewczyna dadzą Ci lepszy prezent niż Premier League zasypująca Cię nieustannie wrażeniami i emocjami podczas przerwy świątecznej, to jesteś w błędzie tak grubym jak brzuch po Wigilii.
Zapraszam zatem na zapowiedź 18. kolejki.
Zaczyna się ona 22 grudnia o godzinie 13:45 czasu polskiego, a na DW Stadium przyjeżdżają „Kanonierzy” mocno nakręceni wygraną z Reading 5:2 oraz świątecznymi popisami wokalnymi, wśród których królował oczywiście nikt inny, jak nasz Wojtek i jego „They call me Szczęsny”. Swój rytm podtrzymuje Santi Cazorla, który chłopcom z Madejski Stadium zaaplikował pierwszego hat-tricka na Wyspach i mógł wziąć do domu żółtą piłkę Premier League. Takiego św. Mikołaja to ja akurat bym się bał i Roberto Martinez ma duża zagwozdkę, jak zneutralizować małego maestro z Półwyspu Iberyjskiego. W ostatniej kolejce Wigan przegrało z fenomenalnym Norwich 1:2 i zajmuje obecnie 17. lokatę w tabeli. Trudne święta czekają chłopców Martineza – w rytm kolędy „Santi Cazorla is coming to town”.
Po takim wstępniaczku czeka nas kolejnych sześć meczów, które zostaną rozegrane w sobotę o tej samej godzinie, czyli o 16.
David Moyes (fot. skysports.com)
„Królewscy” – jak to dumnie brzmi. Oczywiście w wykonaniu Realu Madryt. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że „The Royals” to także przydomek Reading. Patrząc na ich dokonania w obecnej kampanii, określenie to jednak lekko trąci myszką i wywołuje jedynie uśmieszek na twarzy. Drużyna Briana McDermotta zajmuje ostatnią lokatę w BPL i zapewne spadnie, mimo iż gra tam paru ciekawych zawodników. W ostatniej kolejce dostali lanie od Wengera, a teraz zapowiada się kolejne, nie mniejsze. Adam LeFondre i koledzy jadą bowiem na Etihad Stadium, gdzie Tevez i spółka już zacierają ręce, by dopisać sobie łatwe świąteczne trzy punkty. Hola jednak, mości Panowie! Murawa weryfikuje wszystko, są w końcu święta i marzenia się spełniają, więc nie odmawiajmy chłopakom z Madejski Stadium choć cienia szansy. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Każdy wynik poniżej 4:0 dla City trzeba będzie uznać za niespodziankę.
Alan Pardew – największy farciarz w Premier League. W zeszłym sezonie ugrał z Newcastle więcej, niż każdy mógł się spodziewać. W nagrodę ugryzł kontrakt marzenie, podpisany aż na osiem (!) lat. BPL to nie polska liga, a więc nikt tu nie zwalnia po kilku złych meczach i Pardew trwa na swoim stołku. „Sroki” rozczarowują jednak w obecnej kampanii, nie przypominając drużyny z zeszłego sezonu zdolnej do wypatroszenia każdego, kto wpadnie im w szpony. „Geordies” w ubiegłej kolejce przegrali 1:3 z aktualnym mistrzem City i zajmują dopiero 15. miejsce na 20 zespołów w stawce. Frustracja kibiców z St. James Park rośnie z dnia na dzień, nic więc dziwnego, iż zaczynają domagać się głowy białowłosego Anglika. Newcastle przyjdzie zmierzyć się z jeszcze weselszą ekipą, czyli Queens Park Rangers. Miesiąc miodowy „Arry’ego” trwa i w kontekście dokonań jego poprzednika Hughesa to QPR gra ostatnio, nazywając sprawę pieszczotliwie, nie najgorzej. Nie przegrał od czterech kolejek, zdobył w tym czasie sześć punktów, a prym wiedzie pewien marokański czarodziej. Ciekawy to będzie mecz, rozstrzygnięcie możliwe w każdą stronę.
Raheem Sterling (fot. Skysports.com)
W następnym spotkaniu na St. Mary’s Stadium przyjeżdżają chłopcy ze Stadionu Światła, szykuje nam się zatem jakiś prawdziwie niebiański pojedynek. W 2012 roku Nigel Adkins i Martin O’Neill nie byli chyba jednak idealnie grzeczni, bo siły niebieskie nie wspierają za bardzo ich drużyn, patrząc na lokaty, które zajmują w tabeli. „Czarne Koty” są na 16. miejscu, a „Święci” na 18., za to z jednym zaległym meczem do rozegrania. Będzie to zatem pojedynek z rodzaju za sześć punktów. Może się i tak zdarzyć, że sobotnie spotkanie odbije się którejś ekipie gigantyczną czkawką relegacji z BPL w maju, czego oczywiście nikomu nie życzymy. Są w końcu święta.
Rozsiadł się nam wygodnie ten Stoke w górze tabeli i dobrze mu tam widać, bo podopieczni Tony’ego Pulisa ani myślą wracać do drugiej dziesiątki ligi. Oto przykład, jak ciężka praca i katorżnicze boiskowe wyrobnictwo może przynieść wspaniałe efekty. Stoke gra swoje i nie ogląda się na innych. Tym razem Crouch & co. jadą na White Hart Lane, gdzie zmierzą się z Tottenhamem zajmującym jeszcze wyższe, czwarte miejsce w stawce. Ludzie AVB otrzepali się po zaskakującej końcówce z Evertonem, zwyciężając 1:0 Swansea po golu niesamowitego Jana Vertonghena. Były as Ajaksu zaczyna robić to, czym czarował nas w Eredivisie. Niczym bolid F1 jeździ po linii bocznej, z miejsca stając się czołowym bocznym defensorem ligi. A to przecież nie jest jego optymalna pozycja! Jeden z lepszych letnich nabytków w Anglii. Zapowiada się trudny mecz, ze wskazaniem na Tottenham.
Gareth Bale, Jermain Defoe, Tottenham Hotspur (fot. Skysports.com)
Kolejny ciekawy pojedynek szykuje nam się na The Hawthorns. Ekipa Steve’a Clarke’a, delikatnie mówiąc, lekko osiadła na laurach i przynajmniej wiemy, że menedżer WBA jest jedynie człowiekiem, a nie jakimś czarodziejem. Przydałoby mu się odrobić trochę punktów, które jego podopieczni pogubili w ostatnich kolejkach. Zadanie ma doprawdy niełatwe, do West Bromu przyjeżdżają bowiem „Kanarki”, albo raczej „Super Kanarki”, których passa bez porażki trwa, trwa i trwa i nie zanosi się, aby miała się kiedyś zakończyć. Gang Chrisa Hughtona po koszmarnym wręcz początku sezonu jest już na ósmym miejscu, sen toczy się zatem dalej. Ciekawe, czy tęsknią za nim na St. James Park? Coś mi mówi, że będzie remis.
Na Upton Park przyjeżdża za to Everton. Będzie solidne, męskie granie spod znaku panów Moyesa oraz Allardyce’a. West Ham trzyma się dalej dzielnie. Co prawda wypadł z pierwszej dziesiątki, jednak jak na beniaminka nie powinien marudzić, bo lokata 11. jest całkiem, całkiem i gwarantuje w miarę spokojne święta. „The Toffees” za to gdzieś odłożyli na bok swoje nieśmiałe sny o Lidze Mistrzów, popadając w mały zimowy letarg i spadając na szóstą lokatę w puli. Jeśli chcą zaistnieć na jesieni 2013 w LM, muszą się wziąć do roboty. Tak samo jako West Ham, który po obiecującym początku zaczyna coraz bardziej seryjnie gubić punkty niczym uczniak z pierwszej klasy oddający kanapki starszym kolegom.
W ostatnim sobotnim meczu na Anfield Road przybędą goście z Craven Cottage. Bezpośredni sąsiedzi w tabeli (miejsca odpowiednio 12. i 13.) stoczą prawdziwy bój o świąteczny prezent. „The Cottagers” w ostatniej kolejce ulegli szukającemu desperacko nowej jakości QPR, a „The Reds” zbłaźnili się wręcz, dostając srogie lanie z rąk Christiana Benteke i jego Aston Villi. Obie ekipy grają słabo w obecnej edycji BPL, oczywiście w stosunku do ich możliwości. Okręt Rodgersa pływa dzielnie, jednak w momencie, gdy wszyscy już myślą, że rozwinął pełne żagle i zaatakuje otwarte morze, Liverpool łapie doła, z powrotem wpływając do portu z podkulonym ogonem. Wataha Martina Jola próbuje za to wszelkimi możliwymi sposobami łapać punkty niczym oddech, licząc po cichutku, iż suma wdechów pozwoli jej jakoś dotrwać do maja, a pacjent nie umrze przed końcem operacji, idąc do piekła zwanego „The Championship”. Będzie twardy bój.
W niedzielę 23 grudnia czekają nas jedynie dwa mecze. W pierwszym z nich na Liberty Stadium z wizytacją przyjedzie lider, a odwiedziny nie będą nosiły żadnych znamion spotkania przy opłatku. Drużyna sir Aleksa ostro idzie po swoje niczym flotylla imperium, kolekcjonując po kolei następne planety ku chwale Lorda Vadera. SAF doczekał się kolejnej świetnej ekipy, której kwartet smyczkowy „Wazza” – RvP – Welbeck – „Chicharito” można śmiało zacząć porównywać do tego legendarnego Yorke – Cole – Sherringam – Solskjaer. United są na pierwszym miejscu w tabeli i nie zanosi się, aby mieli zwolnić. Wydaje się za to, że Ferguson przechytrzył czas i wszystkich dookoła i ten ostatni (?) raz znów zagra wszystkim swoim oponentom na nosie, podnosząc po raz kolejny w górę puchar BPL. No ok, ale to nie maj, trzeba jeszcze po drodze pokonać Swansea. Michael Laudrup kontynuuje dzieło swojego poprzednika, hołdując piłce miłej dla oka, perfekcyjnej do niedzielnego popołudnia, niepsującej smaku porządnego obiadu. „Łabędzie” przystąpią do meczu po dwóch porażkach z rzędu, zatem będą głodne i mogą narobić sporo przykrości „Czerwonym Diabłom”.
Arsene Wenger i Andre Villas-Boas (fot. Skysports.com)
W spotkaniu wieńczącym 18. kolejkę Premier League na Stamford Bridge przyjedzie opromieniona wiktorią nad „The Reds” Aston Villa Paula Lamberta. Ekipa Rafy Beniteza zakończyła już za to wojaże, uczestniczyła bowiem w średnio poważnych klubowych mistrzostwach świata, które są rozgrywkami zrobionymi chyba przede wszystkim dla wytrącania trenerów oraz zawodników z rytmu sezonu. Szkoda, że Benitez na takowy turniej nie wziął samych juniorów, a reszcie nie dał po prostu wolnego. FIFA myśli jednak globalnie, dlatego zdobywca LM musi niestety uczestniczyć w tego typu ogórkowych rozgrywkach. W swoim ostatnim ligowym meczu „The Blues” rozprawili się 3:1 z Sunderlandem, a przełamał się w końcu „El Nino”. Czy Torres zaskoczy jutro? Czeka go ciekawy pojedynek ze wschodzącą gwiazdką prosto z Belgii, mianowicie Christianem Benteke. Chelsea walczy o zmniejszenie dystansu do drugiego w tabeli City (ma jeden mecz zaległy), a AV o dźwignięcie się z niezbyt zaszczytnej 14. lokaty w ligowej stawce. Gospodarze zdecydowanym faworytem.
Szykuje się nam zatem solidna dawka emocji. Kolejki w Tesco, mróz za oknem, cóż pozostaje nam więc lepszego niż delektowanie się daniem zwanym Premier League? No i jest jedna zasadnicza przewaga strawy angielskiej nad tą normalną. Jaka? Nią nie można się przejeść, człowiek zawsze chce więcej i więcej!