Emocji ciąg dalszy. W weekend czołowi snajperzy ligi nas nie rozpieszczali, ostrzymy sobie zatem zęby na wtorkowo-środową kanonadę. Pod względem bramkowym zawiodła zwłaszcza niedziela, kiedy pozaboiskowe niuanse wzięły górę nad skutecznością piłkarzy, a tablica z wynikiem hitowej potyczki Chelsea – Manchester City wskazywała po meczu smutne 0:0.
Luis Suarez (fot. skysports.com)
Wtorkowy rozkład jazdy zaczynamy na Stadium of Light, gdzie Sunderland podejmie Queens Park Rangers. Liczymy na dobre widowisko, ponieważ obie ekipy podrażnione są weekendowymi przegranymi. Podopieczni Martina O’Neilla dostali srogie lanie od galopującego w tym sezonie z ponaddźwiękową szybkością West Bromu. Mecz zakończył się wynikiem 2:4. QPR przegrało za to na Old Trafford z United 1:3. Była to porażka wkalkulowana niejako w kalendarz, nikt bowiem nie spodziewał się bohaterskich czynów po drużynie z Loftus Road. Jutrzejsze spotkanie będzie zatem doskonałą okazją do debiutu dla Harry’ego Redknappa. Były boss Tottenhamu kończy właśnie swoje króciutkie zaślubiny z klubem Tony’ego Fernandesa. Czas zakasać rękawy i ruszyć z wysokiego C, jeśli miodowy miesiąc ma wypaść w miłej atmosferze. Punktów jak powietrza potrzebuje także Sunderland. „Czarne Koty” przegrały trzy z ostatnich czterech meczów i sytuacja nie jest zbyt ciekawa.
Edin Dzeko (fot. skysports.com)
W drugim wtorkowym meczu na Villa Park staną naprzeciw siebie kolejne dwie drużyny walczące o punkty jak o życie. Drużyna Paula Lamberta po porażkach z oboma Manchesterami oraz remisie z Arsenalem będzie miała szansę odkuć się i dorzucić trzy punkty do pieca. Taki sam zamiar ma jednak Reading McDermotta, któremu ewentualne zwycięstwo pozwoliłoby opuścić strefę spadkową. Mimo iż Aston Villa nie prezentuje porywającego stylu, możemy oczekiwać twardego meczu, w którym ewentualna strata punktów przez jedną lub drugą drużynę może odbić się wielką czkawką pod koniec rozgrywek.
Wayne Rooney (fot. Skysports.com)
Po wtorkowej przystawce czas na danie główne, czyli środę. Na ten dzień zaplanowano aż osiem spotkań. Na czoło stawki wysuwają się zdecydowanie dwa mecze: Everton – Arsenal oraz Tottenham – Liverpool. Nie znaczy to jednak wcale, iż na innych stadionach powieje nudą. Pamiętajmy, jesteśmy w Anglii. Tu nawet League One chwyta człowieka za serce.
Mocarnie zapowiada się środowe starcie Davida Moyesa oraz Arsene Wengera. Po świetnym początku sezonu Moyes miał rację, tonując nastroje. „The Toffees” zwolnili tempo, przytrafiła się seria remisów, przedzielona jedną wygraną oraz przegraną. Na razie prysły zatem niczym bańki mydlane marzenia o Lidze Mistrzów. Everton przystąpi do tego meczu po remisie ze słabszym dużo przecież Norwich. Podrażniona przyjedzie także ekipa „Kanonierów”, kolokwialnie mówiąc, dała ciała, wywożąc w weekend zaledwie punkt po bezbramkowym remisie na Villa Park. Szczęsny określa mecz z Evertonem jako six-pointer, gdyż obie drużyny sąsiadują ze sobą w tabeli, są odpowiednio na piątym (Everton) i szóstym miejscu (Arsenal). To będzie także pojedynek prawdziwych gwiazd w każdej możliwej formacji. Giroud – Jelavic, Cazorla – Fellaini, Howard – Szczęsny, można by tak wymieniać właściwie do jutra. Kto zgarnie pełną pulę punktów, włączy się do pościgu za uciekającą czołówką.
Alan Pardew (fot. skysports.com)
Drugi środowy szlagier zapowiada się nie mniej emocjonująco. Na White Hart Lane przyjeżdża Liverpool i na pewno będzie to spotkanie podniesionego ryzyka, jeśli chodzi o osoby mające problemy z nadciśnieniem. Gospodarze wydają się pewni siebie. W niedzielę pokonali oni West Ham 3:1, a formą błysnął Jermaine Defoe, który zdobył dwie bramki. Jedną dołożył świetny w tym (jak i w zeszłym, nie ukrywajmy) sezonie Gareth Bale. Liverpool zremisował za to bezbramkowo na Liberty Stadium w sentymentalnym powrocie Brendana Rodgersa do Swansea. Zobaczymy, czy Luis Suarez przygotował coś specjalnego na środowy wypad do Londynu. Defensywa Tottenhamu musi drżeć, zastanawiając się, ile nabojów weźmie ze sobą „El Pistolero”. Z kolei obrona „The Reds” już stawia zasieki i wilcze doły przed Defoe, Bale’em oraz wracającym do wysokiej formy Clintem Dempseyem. „Koguty” mają cztery oczka przewagi nad Liverpoolem, więc obu ekipom będzie zależeć na komplecie punktów. Drużyna z czerwonej części Merseyside chce piąć się coraz wyżej w klasyfikacji, a Tottenham dzięki ewentualnej wygranej złapałby wzrokowy kontakt z odjeżdżającą czołówką ligi.
Gareth Bale (fot. skysports.com)
Ciekawie wygląda także spotkanie Manchester United – West Ham. „Młoty” są prawdziwą rewelacją tych rozgrywek. Beniaminek, dowodzony przez Sama Allardyce’a zajmuje wysokie, ósme miejsce. Czeka go jednak nie byle jaki wypad, bo Old Trafford rzadko bywa gościnne. „Czerwone Diabły” wygrały w weekend z marniutkim w tej kampanii QPR i ani myślą zwalniać tempa. Sir Alex cierpi na bogactwo składu, zastanawiając się po raz kolejny, na kogo postawić z magicznej czwórki: RvP, Rooney, „Chicharito” i Welbeck. Takiego kłopotu wynikającego z nadmiaru dobrobytu nie ma za to „Big Sam”, gdyż prawdopodobnie wybiegnie w ataku osamotniony Andy Carroll, wspierany przez swojego dobrego kumpla, czyli Kevina Nolana. Jeden plus taki, że Andy w końcu się odblokował i strzelił gola w przegranym 1:3 meczu z „Kogutami”. Drużyna SAF-a usadowiła się za to wygodnie na fotelu lidera Premier League i ani myśli z niego schodzić. Szykuje się zatem epicka batalia na Old Trafford, a jeśli weźmiemy pod uwagę taktyczne zamiłowania Allardyce’a, naprawdę może przypominać wojnę.
Graham, Michu, Swansea City (fot. Skysports.com)
Kolejne dwa mecze także będą należeć do tych z gatunku szaleńczych pogoni za punktami. Na St. Mary’s Stadium w Southampton przyjeżdża Norwich Chrisa Hughtona. „Kanarki” nareszcie złapały wiatr w żagle, mają swoje pięć minut. Ekipa z Carrow Road nie przegrała od sześciu kolejek, a zdążyła w tym czasie uzbierać aż 12 punktów! Norwich zajmuje obecnie 13. miejsce w tabeli i prezentuje się o niebo lepiej niż na początku sezonu. Do roboty wzięła się także ekipa Nigela Adkinsa, która w ostatnich trzech meczach zdobyła siedem punktów, a w weekend znokautowała Newcastle Alana Pardew aż 2:0! „Święci” zaczynają zdobywać punkty i jeśli podtrzymają swoją passę, mogą powolutku myśleć o utrzymaniu się w lidze. Spada w hierarchii za to Newcastle.
Fernando Torres (fot. Skysports.com)
„Sroki”, rewelacja ubiegłego sezonu, spadły aż na 14. miejsce i niewesoła sytuacja rysuje się przed Alanem Pardew, siedzi bowiem na gorącym krześle i zaczyna ono coraz mocniej parzyć. „Geordies” wybierają się na najgorętszy teren w Anglii, czyli na Britannia Stadium, gdzie meczom piłkarskim bliżej do wyścigów rydwanów konnych w starożytnym Rzymie aniżeli zawodów piłkarskich. Zespół Tony’ego Pulisa w ostatnich meczach zdobył aż siedem punktów, więc nie będzie to łatwa przeprawa dla Newcastle. Pardew gra o stołek.
Demba Ba (fot. skysports.com)
Pozostałe mecze mają swoich wyraźnych faworytów. Chelsea podejmuje Fulham i raczej pewne jest, że pierwsze zwycięstwo w charakterze menedżera klubu ze Stamford Bridge odniesie Rafa Benitez. „The Blues” zremisowali w niedzielę bezbramkowo z ekipą Roberto Manciniego, tak więc będą chcieli zapewne podreperować swoje konto bramkowe, zwłaszcza mocno sfrustrowany w ostatnim spotkaniu Fernando Torres. Wszyscy liczą, że osoba Beniteza przypomni „El Nino”, jakim rasowym goleadorem był za czasów gry w Liverpoolu. Chelsea zajmuje wysokie, czwarte miejsce z 25 oczkami na koncie, natomiast podopieczni Martina Jola 11. lokatę z 16 punktami w dorobku. W drugiej części tabeli robi się jednak coraz ciaśniej i piłkarze Fulham muszą zacząć wygrywać, jeśli chcą mieć spokojną wiosnę. W ostatniej kolejce przegrali oni ze Stoke 0:1 i każde urwanie punktów ekipie Beniteza będzie wielką sensacją.
Odemwingie i Long (fot. Skysports.com)
Swoją grę o tron, a raczej o stołek zaczyna Mancini. To, że Ligi Mistrzów w tym roku nie wygra, to już wiemy. Nie wiemy natomiast tego, jak długo pozostanie menedżerem Manchesteru City. Aktualny mistrz ciągle szuka formy i będzie próbował odnaleźć ją na DW Stadium, u 15. w tabeli Wigan dowodzonego przez Roberto Martineza. City traci jeden punkt do sąsiada zza miedzy i przy szczęśliwym ułożeniu się wyników może wrócić na szczyt Premier League. Trudne zadanie czeka zatem Wigan.
Nathan Dyer (fot. Skysports.com)
Na Liberty Stadium jedzie za to husaria spod znaku WBA. Zajmuje ona trzecie (tak, trzecie !) miejsce w tabeli, a Steve Clarke może śmiało zacząć przymierzać koronę dla najlepszego menedżera tego sezonu. West Brom wygrał cztery ostatnie mecze i raczej nie powinien mieć problemów z wywiezieniem trzech oczek z konfrontacji z zespołem Michaela Laudrupa. Swansea jest natomiast solidnym średniakiem i bez problemu utrzyma się w lidze, grając swój poukładany, atrakcyjny dla oka futbol spod znaku kiedyś Rodgersa, a obecnie Laudrupa.
Czeka nas zatem wiele emocji. Dlatego warto przyszykować się na dwa dni solidnej rozrywki, jak zwykle na najwyższym poziomie sygnowanej stemplem Premier League. Zapięte pasy?
Emocji ciąg dalszy. W weekend czołowi snajperzy ligi nas nie rozpieszczali, ostrzymy sobie zatem zęby na wtorkowo-środową kanonadę. Pod względem bramkowym zawiodła zwłaszcza niedziela, kiedy pozaboiskowe niuanse wzięły górę nad skutecznością piłkarzy, a tablica z wynikiem hitowej potyczki Chelsea – Manchester City wskazywała po meczu smutne 0:0.
Luis Suarez (fot. skysports.com)
Wtorkowy rozkład jazdy zaczynamy na Stadium of Light, gdzie Sunderland podejmie Queens Park Rangers. Liczymy na dobre widowisko, ponieważ obie ekipy podrażnione są weekendowymi przegranymi. Podopieczni Martina O’Neilla dostali srogie lanie od galopującego w tym sezonie z ponaddźwiękową szybkością West Bromu. Mecz zakończył się wynikiem 2:4. QPR przegrało za to na Old Trafford z United 1:3. Była to porażka wkalkulowana niejako w kalendarz, nikt bowiem nie spodziewał się bohaterskich czynów po drużynie z Loftus Road. Jutrzejsze spotkanie będzie zatem doskonałą okazją do debiutu dla Harry’ego Redknappa. Były boss Tottenhamu kończy właśnie swoje króciutkie zaślubiny z klubem Tony’ego Fernandesa. Czas zakasać rękawy i ruszyć z wysokiego C, jeśli miodowy miesiąc ma wypaść w miłej atmosferze. Punktów jak powietrza potrzebuje także Sunderland. „Czarne Koty” przegrały trzy z ostatnich czterech meczów i sytuacja nie jest zbyt ciekawa.
Edin Dzeko (fot. skysports.com)
W drugim wtorkowym meczu na Villa Park staną naprzeciw siebie kolejne dwie drużyny walczące o punkty jak o życie. Drużyna Paula Lamberta po porażkach z oboma Manchesterami oraz remisie z Arsenalem będzie miała szansę odkuć się i dorzucić trzy punkty do pieca. Taki sam zamiar ma jednak Reading McDermotta, któremu ewentualne zwycięstwo pozwoliłoby opuścić strefę spadkową. Mimo iż Aston Villa nie prezentuje porywającego stylu, możemy oczekiwać twardego meczu, w którym ewentualna strata punktów przez jedną lub drugą drużynę może odbić się wielką czkawką pod koniec rozgrywek.
Wayne Rooney (fot. Skysports.com)
Po wtorkowej przystawce czas na danie główne, czyli środę. Na ten dzień zaplanowano aż osiem spotkań. Na czoło stawki wysuwają się zdecydowanie dwa mecze: Everton – Arsenal oraz Tottenham – Liverpool. Nie znaczy to jednak wcale, iż na innych stadionach powieje nudą. Pamiętajmy, jesteśmy w Anglii. Tu nawet League One chwyta człowieka za serce.
Roberto Mancini (fot. skysports.com)
Mocarnie zapowiada się środowe starcie Davida Moyesa oraz Arsene Wengera. Po świetnym początku sezonu Moyes miał rację, tonując nastroje. „The Toffees” zwolnili tempo, przytrafiła się seria remisów, przedzielona jedną wygraną oraz przegraną. Na razie prysły zatem niczym bańki mydlane marzenia o Lidze Mistrzów. Everton przystąpi do tego meczu po remisie ze słabszym dużo przecież Norwich. Podrażniona przyjedzie także ekipa „Kanonierów”, kolokwialnie mówiąc, dała ciała, wywożąc w weekend zaledwie punkt po bezbramkowym remisie na Villa Park. Szczęsny określa mecz z Evertonem jako six-pointer, gdyż obie drużyny sąsiadują ze sobą w tabeli, są odpowiednio na piątym (Everton) i szóstym miejscu (Arsenal). To będzie także pojedynek prawdziwych gwiazd w każdej możliwej formacji. Giroud – Jelavic, Cazorla – Fellaini, Howard – Szczęsny, można by tak wymieniać właściwie do jutra. Kto zgarnie pełną pulę punktów, włączy się do pościgu za uciekającą czołówką.
Alan Pardew (fot. skysports.com)
Drugi środowy szlagier zapowiada się nie mniej emocjonująco. Na White Hart Lane przyjeżdża Liverpool i na pewno będzie to spotkanie podniesionego ryzyka, jeśli chodzi o osoby mające problemy z nadciśnieniem. Gospodarze wydają się pewni siebie. W niedzielę pokonali oni West Ham 3:1, a formą błysnął Jermaine Defoe, który zdobył dwie bramki. Jedną dołożył świetny w tym (jak i w zeszłym, nie ukrywajmy) sezonie Gareth Bale. Liverpool zremisował za to bezbramkowo na Liberty Stadium w sentymentalnym powrocie Brendana Rodgersa do Swansea. Zobaczymy, czy Luis Suarez przygotował coś specjalnego na środowy wypad do Londynu. Defensywa Tottenhamu musi drżeć, zastanawiając się, ile nabojów weźmie ze sobą „El Pistolero”. Z kolei obrona „The Reds” już stawia zasieki i wilcze doły przed Defoe, Bale’em oraz wracającym do wysokiej formy Clintem Dempseyem. „Koguty” mają cztery oczka przewagi nad Liverpoolem, więc obu ekipom będzie zależeć na komplecie punktów. Drużyna z czerwonej części Merseyside chce piąć się coraz wyżej w klasyfikacji, a Tottenham dzięki ewentualnej wygranej złapałby wzrokowy kontakt z odjeżdżającą czołówką ligi.
Gareth Bale (fot. skysports.com)
Ciekawie wygląda także spotkanie Manchester United – West Ham. „Młoty” są prawdziwą rewelacją tych rozgrywek. Beniaminek, dowodzony przez Sama Allardyce’a zajmuje wysokie, ósme miejsce. Czeka go jednak nie byle jaki wypad, bo Old Trafford rzadko bywa gościnne. „Czerwone Diabły” wygrały w weekend z marniutkim w tej kampanii QPR i ani myślą zwalniać tempa. Sir Alex cierpi na bogactwo składu, zastanawiając się po raz kolejny, na kogo postawić z magicznej czwórki: RvP, Rooney, „Chicharito” i Welbeck. Takiego kłopotu wynikającego z nadmiaru dobrobytu nie ma za to „Big Sam”, gdyż prawdopodobnie wybiegnie w ataku osamotniony Andy Carroll, wspierany przez swojego dobrego kumpla, czyli Kevina Nolana. Jeden plus taki, że Andy w końcu się odblokował i strzelił gola w przegranym 1:3 meczu z „Kogutami”. Drużyna SAF-a usadowiła się za to wygodnie na fotelu lidera Premier League i ani myśli z niego schodzić. Szykuje się zatem epicka batalia na Old Trafford, a jeśli weźmiemy pod uwagę taktyczne zamiłowania Allardyce’a, naprawdę może przypominać wojnę.
Graham, Michu, Swansea City (fot. Skysports.com)
Kolejne dwa mecze także będą należeć do tych z gatunku szaleńczych pogoni za punktami. Na St. Mary’s Stadium w Southampton przyjeżdża Norwich Chrisa Hughtona. „Kanarki” nareszcie złapały wiatr w żagle, mają swoje pięć minut. Ekipa z Carrow Road nie przegrała od sześciu kolejek, a zdążyła w tym czasie uzbierać aż 12 punktów! Norwich zajmuje obecnie 13. miejsce w tabeli i prezentuje się o niebo lepiej niż na początku sezonu. Do roboty wzięła się także ekipa Nigela Adkinsa, która w ostatnich trzech meczach zdobyła siedem punktów, a w weekend znokautowała Newcastle Alana Pardew aż 2:0! „Święci” zaczynają zdobywać punkty i jeśli podtrzymają swoją passę, mogą powolutku myśleć o utrzymaniu się w lidze. Spada w hierarchii za to Newcastle.
Fernando Torres (fot. Skysports.com)
„Sroki”, rewelacja ubiegłego sezonu, spadły aż na 14. miejsce i niewesoła sytuacja rysuje się przed Alanem Pardew, siedzi bowiem na gorącym krześle i zaczyna ono coraz mocniej parzyć. „Geordies” wybierają się na najgorętszy teren w Anglii, czyli na Britannia Stadium, gdzie meczom piłkarskim bliżej do wyścigów rydwanów konnych w starożytnym Rzymie aniżeli zawodów piłkarskich. Zespół Tony’ego Pulisa w ostatnich meczach zdobył aż siedem punktów, więc nie będzie to łatwa przeprawa dla Newcastle. Pardew gra o stołek.
Demba Ba (fot. skysports.com)
Pozostałe mecze mają swoich wyraźnych faworytów. Chelsea podejmuje Fulham i raczej pewne jest, że pierwsze zwycięstwo w charakterze menedżera klubu ze Stamford Bridge odniesie Rafa Benitez. „The Blues” zremisowali w niedzielę bezbramkowo z ekipą Roberto Manciniego, tak więc będą chcieli zapewne podreperować swoje konto bramkowe, zwłaszcza mocno sfrustrowany w ostatnim spotkaniu Fernando Torres. Wszyscy liczą, że osoba Beniteza przypomni „El Nino”, jakim rasowym goleadorem był za czasów gry w Liverpoolu. Chelsea zajmuje wysokie, czwarte miejsce z 25 oczkami na koncie, natomiast podopieczni Martina Jola 11. lokatę z 16 punktami w dorobku. W drugiej części tabeli robi się jednak coraz ciaśniej i piłkarze Fulham muszą zacząć wygrywać, jeśli chcą mieć spokojną wiosnę. W ostatniej kolejce przegrali oni ze Stoke 0:1 i każde urwanie punktów ekipie Beniteza będzie wielką sensacją.
Odemwingie i Long (fot. Skysports.com)
Swoją grę o tron, a raczej o stołek zaczyna Mancini. To, że Ligi Mistrzów w tym roku nie wygra, to już wiemy. Nie wiemy natomiast tego, jak długo pozostanie menedżerem Manchesteru City. Aktualny mistrz ciągle szuka formy i będzie próbował odnaleźć ją na DW Stadium, u 15. w tabeli Wigan dowodzonego przez Roberto Martineza. City traci jeden punkt do sąsiada zza miedzy i przy szczęśliwym ułożeniu się wyników może wrócić na szczyt Premier League. Trudne zadanie czeka zatem Wigan.
Nathan Dyer (fot. Skysports.com)
Na Liberty Stadium jedzie za to husaria spod znaku WBA. Zajmuje ona trzecie (tak, trzecie !) miejsce w tabeli, a Steve Clarke może śmiało zacząć przymierzać koronę dla najlepszego menedżera tego sezonu. West Brom wygrał cztery ostatnie mecze i raczej nie powinien mieć problemów z wywiezieniem trzech oczek z konfrontacji z zespołem Michaela Laudrupa. Swansea jest natomiast solidnym średniakiem i bez problemu utrzyma się w lidze, grając swój poukładany, atrakcyjny dla oka futbol spod znaku kiedyś Rodgersa, a obecnie Laudrupa.
Czeka nas zatem wiele emocji. Dlatego warto przyszykować się na dwa dni solidnej rozrywki, jak zwykle na najwyższym poziomie sygnowanej stemplem Premier League. Zapięte pasy?