Po wczorajszym meczu 1/8 finału między reprezentacjami Kolumbii i Urugwaju naszła mnie chwila refleksji. Jakby się nad tym zastanowić, kto przed mundialem powiedziałby, że drużyna „Los Cafeteros” bez swojej największej gwiazdy – kontuzjowanego Radamela Falcao – będzie w stanie eliminować niszczyć niczym huragan wszystkie przeszkody na swej drodze. Tak, ekipa Pekermana jak dla mnie jest obecnie najlepszą drużyną na świecie i gra przy tym najbardziej efektowny i efektywny futbol na ziemi.

Niby grupa C nie należała do wymagających. Grecja, Japonia, Wybrzeże Kości Słoniowej należą raczej do średniaków niż potęg światowego futbolu. Każdy jednak wie, że mistrzostwa świata rządzą się swoimi prawami i tak naprawdę nie można nikogo lekceważyć, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie. Przykład? Chociażby przyśpieszone wakacje Hiszpanów – wciąż aktualnych mistrzów świata.
Wróćmy jednak do tematu. Kolumbia, choć przed mundialem mocno „zraniona” brakiem wyżej wspomnianego „El Tigre”, ku zaskoczeniu wszystkich przeszła przez grupę jak burza, wygrywając wszystkie trzy mecze, strzelając dziewięć bramek, tracąc zarazem tylko dwie. Każdy mecz „Los Cafeteros” był widowiskowy, spektakularny, a przede wszystkim skuteczny. Ręce same składały się do oklasków, oglądając, jak kolejne wymiany podań i akcje ofensywne ośmieszają rywali.
Powróćmy jednakże do tematu popularnego „Tygrysa”. Gdy w styczniu Falcao doznał kontuzji kolana, rozpoczęła się walka z czasem. Kolumbijczycy nie wyobrażali sobie tej edycji mistrzostw bez obecnej gwiazdy AS Monaco oraz jednej z najlepszych „9” świata. W razie porażki medycyny zastanawiano się, kim można byłoby zastąpić bramkostrzelnego napastnika. Jackson Martinez, Adrian Ramos oraz Carlos Bacca, z całym szacunkiem dla tych piłkarzy, to mimo wszystko nie ten sam rodzaj kalibru co „El Tigre”. Okazało się, że nie trzeba było szukać daleko.
Radamela Falcao zastąpił nie kto inny jak jego klubowy kolega, James Rodriguez. Nie można powiedzieć, że to jakiś kompletny „no name”. Każdy go znał na długo przed mundialem. Blisko 50 milionów „ojro” wydanych przez rosyjskiego miliardera, Dymitrija Rybołowlewa, za byłą gwiazdę FC Porto nie mogło nie przejść niepostrzeżenie, ale tak naprawdę czy nie zastanawialiśmy się, kim jest ten młodzian (ma wciąż 22 lata) i co potrafi, że wydaje się na niego tak gigantyczne pieniądze? Niby kto bogatemu zabroni, ale teraz wydaje się, że ten transfer to raczej była promocja, a nie tylko długoterminowa inwestycja magnata z Rosji. Za „Hamesem” nie przemawia tylko dobra gra, ale i statystki. Pięć bramek i dwie asysty w czterech meczach mówią same za siebie, a jego ostatnia bramka, strzelona Urugwajowi, należy do tych, które można oglądać po stokroć i nadal się nimi zachwycać. Jedna z najpiękniejszych, jak nie najpiękniejsza bramka tego mundialu. Nie ma co spekulować, na chwilę obecną najlepsza „dycha” na tych mistrzostwach i główny kandydat do MVP turnieju.










