Bogacze, którzy stworzyli nowe potęgi. Najsłynniejsze transfery Abramowicza i szejka Mansoura


Przypominamy kluczowe wzmocnienia Chelsea i Manchesteru City za kadencji obecnych właścicieli

8 grudnia 2018 Bogacze, którzy stworzyli nowe potęgi. Najsłynniejsze transfery Abramowicza i szejka Mansoura

Roman Abramowicz w 2003 roku podczas lotu helikopterem nad Stamford Bridge miał rzekomo powiedzieć: „Mam kupić to wysypisko?”. Jednakże Rosjanin zobaczył Craven Cottage (stadion Fulham), a nie obiekt Chelsea. Niezrażony tym niezbyt udanym pierwszym wrażeniem, dokonał jednej z najważniejszych transakcji w historii futbolu. Jego wejście do „The Blues” 15 lat temu zapoczątkowało pełną sukcesów erę Chelsea. Nie obyło się oczywiście bez głośnych transferów. Abramowicz doskonale wiedział o tym, że bez rewolucji transferowej klubowi nie uda się zrobić kroku naprzód. Rosjanin od razu zabrał się za wzmocnienia. Podobnie jak szejk Mansour, który do Anglii przybył pięć lat po Abramowiczu i dokonał wielkiej przemiany w Manchesterze City.


Udostępnij na Udostępnij na

O ile Abramowicz objął stery w klubie, który już przed jego przyjściem walczył o udział w Lidze Mistrzów, o tyle Mansour przejmował naprawdę przeciętną drużynę, która była w cieniu wielkiego sąsiada z Old Trafford. Manchester United był wówczas najlepszą ekipą w Anglii, a „The Citizens” nie mieli prawa się z nią porównywać. Sytuacja zmieniła się, kiedy nowy właściciel zabrał się za wzmocnienia w błękitnej części Manchesteru.

Za kadencji Abramowicza Chelsea wygrała m.in. pięć mistrzostw Anglii, pięć Pucharów Anglii, Ligę Mistrzów w roku 2012, Ligę Europy rok później. Tych fantastycznych osiągnięć nie byłoby, gdyby 15 lat temu rosyjski przedsiębiorca nie zainwestował w „The Blues”. Szejk Mansour może poszczycić się tym, że zespół od jego przyjścia zdobył trzy mistrzostwa Anglii, jeden Puchar Anglii i dorzucił do tego trzy Puchary Ligi. Obaj bogacze zupełnie zmienili swoje drużyny. Kibice wiele im zawdzięczają.

Afrykańska jakość

Roman Abramowicz ceni sobie zawodników z Czarnego Lądu i zwłaszcza na początku swojego panowania w Chelsea sięgnął po kilku piłkarzy z Afryki, którzy wiele dali Chelsea. W 2004 roku Rosjanin za sporą jak na tamte czasy kwotę (24 miliony funtów) sprowadził na Stamford Bridge Didiera Drogbę. Reprezentant WKS rok wcześniej przeszedł do Olympique Marsylia z Guingamp. W zespole ze Stade Velodrome szybko stał się podstawowym napastnikiem. W sezonie 2003/2004 strzelił 19 goli w Ligue 1 i zapracował na transfer do Chelsea, która właśnie budowała swoją potęgę.

Drogba przez dziewięć lat gry dla „The Blues” zapracował na miano legendy klubu. Dla ekipy ze Stamford Bridge strzelił aż 104 gole, a bez jego świetnej postawy trudno wyobrazić sobie, że Chelsea byłaby w stanie sięgnąć po upragnioną Ligę Mistrzów w 2012 roku. W drodze po to trofeum w pierwszym meczu półfinałowym (z Barceloną) strzelił jedynego gola, w finale strzelił gola na wagę dogrywki, a następnie strzelił decydującą „jedenastkę” w serii rzutów karnych przeciwko Bayernowi Monachium. Po tym sezonie odszedł z „The Blues” w glorii chwały, ale wrócił na jeden sezon w 2014 roku i zdążył jeszcze sięgnąć po mistrzostwo Anglii.

Abramowicz, szukając wzmocnień do środka pola, również sięgnął po Afrykańczyków. W 2005 roku do klubu został sprowadzony Michael Essien, a rok później John Obi Mikel (przynajmniej wtedy tak się nazywał, bo jakiś czas temu piłkarz zmienił nazwisko z John Obi Mikel na Mikel John Obi). Nigeryjczyk, podobnie jak Essien, miał przyjść do klubu w 2005 roku, ale doszło do pewnych komplikacji.

O piłkarza mocno zabiegał również Manchester United. Oba kluby były niezwykle zdeterminowane, żeby pozyskać Mikela. Było to o tyle ciekawe, że reprezentant Nigerii grał wówczas w norweskim Lyn, czyli w niezbyt silnej lidze. Co więcej, w klubie z Oslo rozegrał tylko sześć meczów. Mimo to przedstawiciele dwóch angielskich potentatów dostrzegli w nim potencjał i starali się go za wszelką cenę pozyskać. 29 kwietnia 2005 roku Manchester United ogłosił już nawet, że doszli do porozumienia z Nigeryjczykiem, ale Abramowicz nie zrażał się tym faktem i wciąż namawiał Mikela na transfer do Chelsea. Sprawa trafiła więc do UEFA, a potem do FIFA. Ta druga organizacja zdecydowała w sierpniu 2005 roku, że Nigeryjczyk powinien wrócić do norweskiego klubu. Rok później nic już nie stało na przeszkodzie, żeby dołączył do Chelsea.

Determinacja rosyjskiego przedsiębiorcy opłaciła się, bo reprezentant Nigerii spędził na Stamford Bridge aż 11 lat. Dla „The Blues” zagrał w 374 meczach, co jest naprawdę imponującym rezultatem. I choć zawsze był trochę niedoceniany, to zawodnika z takim stażem trudno nazwać inaczej niż legendą klubu. Może i kibice nie wywieszają na trybunach transparentów z jego podobizną, ale miło go wspominają. Mikel przyszedł do klubu jako 19-latek i w Chelsea piłkarsko dojrzał. W zeszłym roku, kiedy dostrzegł, że nie prezentuje już poziomu, który by go predestynował do gry na najwyższym poziomie, zdecydował się przyjąć ofertę od chińskiego klubu Tianjin Teda.

Michael Essien, podobnie jak Drogba, przeszedł do Chelsea z Francji. Grał nawet w klubie, który ma taki sam pierwszy człon nazwy. Ghańczyk reprezentował bowiem barwy Olympique Lyon. Tutaj jednak też nie obyło się bez komplikacji. Lyon nie chciał sprzedać Essiena. Francuzi odrzucali oferty Chelsea opiewające na 10; 16,75; 18 oraz 21 milionów funtów. Ostatecznie „The Blues” pobili klubowy rekord transferowy, wydając na transfer Ghańczyka 24,4 miliona funtów. Tym samym minimalnie przebili wcześniejszy rekord, którym było wydanie 24 milionów na Drogbę. Negocjacje w sprawie Essiena trwały trzy miesiące, ale Abramowicz nie pierwszy i nie ostatni raz wykazał się sporą determinacją i udowodnił, że jak kogoś chce pozyskać, to łatwo się nie poddaje. Essien stał się najdroższym afrykańskim piłkarzem.

Kiedy doszło do tego transferu, Mourinho w ciepłych słowach opisywał swojego nowego podopiecznego. Twierdził, że Ghańczyk jest piłkarzem wszechstronnym mogącym załatać dziurę praktycznie wszędzie na boisku. Essien z marszu wszedł do zespołu i szybko się do niego dopasował. Dla „The Blues” rozegrał 168 meczów i przez kilka lat był ważną częścią drużyny, chociaż zdarzały się też trudniejsze momenty — jak w sezonie 2008/2009, kiedy rozegrał tylko 11 meczów w Premier League.

Końcówka jego przygody z klubem nie była zbyt udana. W trakcie okresu przygotowawczego przed sezonem 2011/2012 zerwał więzadła krzyżowe w kolanie i pauzował kilka miesięcy. Co prawda wrócił w styczniu 2012 roku, ale jego rywale do gry w pierwszym składzie byli w zbyt wysokiej formie, żeby ich odstawić od składu. Przez to zarówno finał Pucharu Anglii przeciwko Liverpoolowi, jak i finał Ligi Mistrzów w Monachium Essien oglądał z perspektywy ławki rezerwowych. Oba te finały „The Blues” wygrali. 31 sierpnia 2012 roku Ghańczyk odszedł do Realu Madryt na zasadzie rocznego wypożyczenia. Do stolicy Hiszpanii ściągnął go jego dawny znajomy z Chelsea – Jose Mourinho. Po roku Essien wrócił do „The Blues”, ale tylko na chwilę. 27 stycznia 2014 roku podpisał dwuipółletni kontrakt z AC Milan.

Gwiazdy La Liga w Anglii

Przez lata wydawało się, że piłkarze, którzy wyróżniają się w lidze hiszpańskiej, są skazani na transfer do Realu czy Barcelony. O ile gwiazdy Premier League często trafiają do któregoś z dwóch hiszpańskich potentatów, o tyle transfery w odwrotną stronę nie są już tak częste. Jednak kiedy ma się tyle pieniędzy co właściciel Manchesteru City, można sobie pozwolić na wiele.

David Silva był motorem napędowym Valencii i po czterech sezonach spędzonych na Estadio Mestalla dla wszystkich stało się jasne, że Hiszpan powinien zrobić krok naprzód. Jednakże mało kto się spodziewał, że obierze kurs na Anglię, a już w szczególności na Manchester. Nie chodziło bowiem o transfer do Manchesteru United, a do ekipy, która dopiero budowała swoją pozycję w Anglii – Manchesteru City. „The Citizens” w sezonie 2009/2010 zajęli w lidze 5. miejsce, więc Silva przychodził do drużyny, która miała zagrać jedynie w Lidze Europy, w której zresztą uległa m.in. Lechowi Poznań 1:3. Dał się jednak skusić szejkowi Mansourowi i uwierzył w jego projekt. 30 czerwca 2010 roku klub ogłosił, że po zakończeniu mistrzostw świata David Silva dołączy do zespołu.

Z perspektywy czasu ta decyzja się broni. Hiszpan wprowadził do Anglii wiele polotu i finezji, a po ośmiu latach gry dla Manchesteru City możemy już o nim mówić jako o legendzie klubu. David Silva walnie przyczynił się do zdobycia przez klub z błękitnej części Manchesteru trzech mistrzostw Anglii i wciąż mimo 32 lat jest czołową postacią w drużynie z Etihad Stadium.

Przypadek Yayi Toure jest trochę inny. Reprezentant WKS do ekipy „The Citizens” dołączył po pełnych sukcesów trzech latach w Barcelonie. Nie był jednak pierwszoplanową postacią, pozostawał trochę niedoceniany. Jednakże miał swój wkład w sukcesy „Dumy Katalonii”. W finale Ligi Mistrzów w 2009 roku zagrał na… środku obrony. Mimo to Pep Guardiola nie widział go w swoich planach na przyszłość i prawdę powiedziawszy, to wypychał Toure z klubu. Ten trafił do Manchesteru City w tym samym okienku transferowym co David Silva. Kontrakt podpisał 2 lipca 2010 roku.

Toure był oczywiście czołową postacią „The Citizens”, kiedy zespołowi Roberto Manciniego udało się zdobyć pierwsze od 1968 roku mistrzostwo Anglii. Jednakże jeszcze większą gwiazdą był w sezonie 2013/2014, kiedy niespodziewanie wystrzelił ze strzelecką formą. Obywatel Wybrzeża Kości Słoniowej strzelił aż 20 goli w lidze, był trzeci w klasyfikacji strzelców (za Suarezem i Sturridge’em), ale za to został najlepszym strzelcem Manchesteru City. Było to o tyle zaskakujące, że Toure to środkowy pomocnik, który nie miał jakichś szczególnie ofensywnych predyspozycji. We wszystkich poprzednich klubach, w których grał, strzelił maksymalnie pięć goli, a tu nagle 20 w jednym sezonie. Jednakże był wtedy w kapitalnej formie, wszystko mu wychodziło, a jego znakiem rozpoznawczym było mocne uderzenie zza pola karnego.

Niestety sytuacja z Barcelony powtórzyła się. Ponownie został wypchnięty z klubu przez Pepa Guardiole. Na początku nie chciał odchodzić, toczył wojnę z katalońskim trenerem. Agent Toure wypalił wówczas, że nawet jego teściowa osiągałaby sukcesy z drużynami, które prowadził Guardiola. Była to oczywiście sugestia, że obecny menedżer Manchesteru City zawsze przychodzi na gotowe i nie jest sztuką prowadzić takie ekipy. Trudno powiedzieć, co agent Toure chciał osiągnąć, mówiąc te słowa, ale na pewno nie pomógł swojemu klientowi i ten był zmuszony odejść. Jednakże kibice Manchesteru City nigdy nie zapomną, jak dużo dla zespołu zrobił Yaya Toure.

Transfer Sergio Aguero do ekipy „The Citizens” to podobny przypadek co przejście Davida Silvy. Argentyńczyk, podobnie jak Hiszpan, grał w ekipie, która nie potrafiła wyjść z cienia Barcelony i Realu. W Atletico Madryt grał przez pięć sezonów jeszcze przed przybyciem do klubu Diego Simeone. Stworzył duet marzeń z Diego Forlanem. Dzięki ich świetnej postawie klub awansował do Ligi Mistrzów, wygrał Ligę Europy.

Rozkochał w sobie kibiców, ale miłość nie trwała długo. 4 stycznia 2011 roku przedłużył kontrakt z Atletico i został wybrany na drugiego kapitana zespołu. Jednakże 23 maja 2011 roku ogłosił chęć odejścia z klubu i poprosił o zgodę na transfer. Być może gdyby to wszystko zostało lepiej rozegrane, do dziś Aguero byłby miło wspominany, bo naprawdę dużo dał klubowi. Jednak forma odejścia piłkarza, który dla wielu był idolem, bardzo zabolała kibiców „Los Colchoneros”. Fani Atletico już po odejściu Argentyńczyka wywiesili na meczu transparent z napisem: „Aguero, We Hope You Die”. Taka reakcja może być mimo wszystko zaskakująca, bo po tym wszystkim, co zrobił dla klubu (zagrał w 175 meczach w barwach Atletico), zasłużył na godniejsze pożegnanie. Tym bardziej że nie odszedł do innego hiszpańskiego klubu mimo ofert z Barcelony i Realu Madryt.

W Manchesterze City szybko uświadomili sobie, że ten transfer to był strzał w dziesiątkę. Już w pierwszym swoim sezonie na Etihad Stadium Aguero spowodował, że kibice „The Citizens” oszaleli na jego punkcie. Strzelił decydującego gola w meczu z QPR w ostatniej kolejce szalonego sezonu 2011/2012. Dzięki jego bramce Manchester City rzutem na taśmę wyprzedził w tabeli swojego lokalnego rywala – Manchester United – i zdobył pierwsze mistrzostwo Anglii od 44 lat. W Manchesterze City gra już siedem lat i cały czas jest czołowym napastnikiem w Premier League. W barwach „The Citizens” strzelił już 151 goli w lidze angielskiej i stał się już legendą całej ligi.

Różna ocena bogatych właścicieli

Transfery, które wymieniłem, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Wzmocnień dokonanych przez Abramowicza w Chelsea i szejka Mansoura w Manchesterze City było dużo więcej. Kluby zbudowane na pieniądzach miliarderów, mimo że wcześniej nie odnosiły większych sukcesów, wciąż budzą sprzeciw kibiców piłkarskich. Fani innych zespołów twierdzą, że takie drużyny są sztucznymi tworami bez historii. Z drugiej strony historię zawsze można zacząć budować.  Jeśli ktoś chce inwestować swój spory majątek w klub piłkarski, to dlaczego ma tego nie robić?

Komentarze
molnar (gość) - 3 miesiące temu

Kto ma duza kase w klubowce,ten ma mozliwosci zrobienia duzego sukcesu,nakupowac mase transferow pilkarzy i fachowego trenera.W Klubowce jak nie posmarujesz,to nie pojedziesz.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze