Piłkarze Arsenalu myślami są chyba jeszcze przy meczach reprezentacji. Londyńczycy rozegrali dzisiaj fatalne zawody, jeden poważny błąd popełnił Mannone, co wystarczyło również bezbarwnej dzisiaj ekipie Norwich do minimalnego zwycięstwa.
Arsenal przyjechał na Carrow Road bez Walcotta, za to z siedzącym na ławce Wilsherem i oczywiście z zamiarem zwycięstwa. Podopieczni Chrisa Hughtona chcieli natomiast w końcu zdobyć trzy punkty, a co ciekawe, menedżer gospodarzy swój ostatni mecz w Premier League wygrał właśnie z… Arsenalem, kiedy był jeszcze trenerem Newcastle. Lepiej zaczęli goście, chociaż jako pierwszy już w 2. minucie groźny strzał oddał Pilkington. Pomocnik gospodarzy nie trafił w bramkę, a z drugiej strony, po błędzie Ruddy’ego i podaniu Gervinho, na pozycji strzeleckiej ustawił się Podolski, ale tuż za nim znalazł się Martin, który w ostatniej chwili wybił mu piłkę spod nóg.

Kilkadziesiąt sekund później Niemiec oddał już strzał na bramkę. Kopnął piłkę bardzo mocno, aczkolwiek niecelnie. Później z boiska wiało nudą aż do 20 minuty. Wtedy Tettey przejął piłkę w środku pola i mocno strzelił na bramkę. Futbolówka leciała z dużą szybkością, a dodatkowo odbiła się tuż przed bramkarzem. To było już za wiele dla Mannone, który odbił ją przed siebie, wprost pod nogi nadbiegającego Holta. Kapitan Norwich nie mógł w tej sytuacji spudłować i dał swojej drużynie prowadzenie.
To wcale nie ożywiło jakoś szczególnie faworyzowanych gospodarzy, którzy nie mogli się przebić przez obronę rywali. Zablokowany strzał Andre Santosa i kilka beznadziejnie wykonanych rzutów rożnych to naprawdę mało jak na londyńczyków. A „Kanarki” mogły podwyższyć prowadzenie w 34. minucie, gdyby tylko Turner lepiej przyłożył głowę do piłki po dobrym dośrodkowaniu z rogu. „Gunners” próbowali coś tworzyć, ale cały czas bili głową w mur, co nie powodowało nawet małych szczelin w cegłach, i na przerwę to gospodarze schodzili w dużo lepszych humorach.
Być może Arsene Wenger nie nakrzyczał wystarczająco na swoich zawodników, bo obraz gry po zmianie stron się nie zmienił. Przez pierwszy kwadrans goście mieli tylko jedną sytuację, kiedy po dośrodkowaniu Gervinho źle piłkę odbił Ruddy i z przewrotki próbował strzelać Giroud. Przemilczmy może jednak wynik tej próby, a niestety dla fanów londyńczyków podsumowywała ona właśnie grę Arsenalu w tym momencie. Gospodarze też nie atakowali z wściekłością, co niestety nie wpływało pozytywnie na jakość widowiska.
Pierwszy celny strzał, który równie dobrze można by nazwać podaniem w ręce bramkarza, oglądaliśmy w 63. minucie w wykonaniu Gervinho, który głową próbował zaskoczyć Ruddy’ego, ale trafił w piłkę z taką siłą, że nie zaskoczyłby go nawet wtedy, gdyby spał. 120 sekund później na boisku zjawił się Alex Oxlade-Chamberlain i w pierwszej akcji, którą przeprowadził… odniósł kontuzję. Na murawie wytrzymał tylko osiem minut, po których musiał zastąpić go Arszawin.











