Ponownie stało się to tak szybko, jak tylko możliwe. W środku tygodnia Fulham poinformowało, że na miejsce będącego szesnaście lat właściciela z Egiptu, Mohameda Al-Fayeda, wkracza nowa postać. Jest nią człowiek urodzony w Pakistanie, który do niedawna pasjonował się sportami amerykańskimi, a w szczególności futbolem. Oczywiście nie tym amerykańskim, ale soccerem. Shahid Khan został ogłoszony posiadaczem klubu z Craven Cottage. Data 12 lipca 2013 roku przeszła do historii i można powiedzieć, że od tego momentu otwiera się w końcu nowy rozdział w kartotece „The Cottagers”. Choć niekoniecznie. Jak sam 61-latek stwierdza w pierwszym wywiadzie, zamierza kontynuować plan działania, który rozpoczął Al-Fayed szesnaście lat temu. Facet, o którym nie było głośno na Wyspach do zeszłego tygodnia, będzie teraz musiał stawić czoła niemałemu, nowemu dla siebie wyzwaniu.
Nie wiem, ilu kibiców Fulham spodziewało się tego, że pokładający swoją miłość Khan w ekipę NFL, Jacksonville Jaguars, przybędzie sobie nagle w miejsce zasłużonego dla klubu starca. Na pewno procent takich dusz był niewielki. Jednakże zanim przejdę do wylewnej prezentacji nowego, podstarzałego amanta, to należałoby wychwalić Al-Fayeda za jego długi okres rządów, bo poczynił bardzo wiele dobrego. Odszedł z Fulham w taki sam sposób, w jaki przybył – polegał na nieprzemakalnej dyskrecji. Można by przywołać wydarzenie, kiedy pewnego pochmurnego dnia w maju 1997 roku media brzęczały o Mohamedzie, który zdecydował się podjąć władania małym klubem. Wielu było czarnowidzów, którzy wróżyli mu niepewną przyszłość. Przyleciał sobie helikopterem, który wylądował na środku płyty boiska Fulham. Śmigłowiec był wyposażony w worki z pieniędzmi. Jednak jak się okazało dziś, te obawy były niepotrzebne. Mohamed zakończył swoją misję, przygaszając czarny los perspektywicznym rozwojem klubu dzięki stanowczemu zarządzaniu finansami. Wystarczyły cztery lata, aby londyńska ekipa trafiła do Premier League z ówczesnej drugiej dywizji.

To całkowicie zrozumiała sprawa, że 84-latek chce teraz spędzić życie, odpoczywając od natłoku spraw, o które się troszczył przez długi czas. W ostatnich latach można było zaobserwować, jak Al-Fayed oglądał spotkania z trybun, będąc otoczony górą koców i nausznikami w trakcie zimy, gdy jego drużyna zbudowana pośrednio przez wydane funty musiała zasuwać po boisku w mrozie, walcząc o punkty potrzebne do zapewnienia sobie bytu w najwyższej klasie rozgrywek. Wtedy można było spostrzec, że Egipcjanin nie był zbyt zainteresowany losami meczu, lecz tym, by jak najlepiej podtrzymać temperaturę ciała.
Od jakiegoś czasu zacząłem się zastanawiać i prowadzić swoje dochodzenie w sprawie potencjalnego następcy Mohameda. I przyznam, że nigdy nie pomyślałem o tym, że to właśnie Shadid Khan może zasiąść na fotelu. Dopiero amerykańskie media pierwsze się zadeklarowały, że Pakistańczyk jest bliski zastąpienia Al-Fayeda. Co ciekawego możemy się dowiedzieć o nowym gościu, który postanowił poszukać sobie szczęścia w futbolu?










