Już w sobotę 2 października rusza siódma kolejka Premier League. Po zmaganiach w europejskich pucharach w ciągu tygodnia kibice na Wyspach ostrzą sobie zęby na kolejne starcia swoich faworytów na boiskach Anglii. Najbardziej wyczekiwanym spotkaniem będzie niewątpliwie pojedynek dwóch londyńskich potęg – Chelsea i Arsenalu – który odbędzie się w niedzielę.
Jako pierwsi na murawę wybiegną i będą walczyć o punkty gracze Wigan Athletic oraz Wolverhampton Wanderers. Mecz na DW Stadium rozpocznie się o 13:45 czasu polskiego. Niewątpliwie będzie to zaciekłe spotkanie, ponieważ podopieczni Roberto Martineza zajmują obecnie 18. lokatę, czyli oczko niżej niż sobotni goście – Wolverhampton. Ekipa z DW Stadium nie zaliczyła początku sezonu do udanego. „The Latics” po sześciu meczach mogą pochwalić się zaledwie pięcioma punkami i jednym zwycięstwem. Gracze Martineza to drużyna mająca najgorszy bilans bramkowy w lidze (-11). Nie lepiej w obecnej kampanii spisują się goście. Wolves Micka McCarthy’ego mają tyle samo punków co przeciwnik, a jedyne zwycięstwo odnieśli na inaugurację sezonu w meczu ze Stoke City.

Kolejne siedem spotkań wystartuje równo o godzinie 16:00. Na stadionie St. Andrews drużyna Aleksa McLeisha podejmie gości z Liverpoolu – Everton. O ile gospodarze w obecnym sezonie radzą sobie przeciętnie, to zgoła inaczej zaczęli kampanię podopieczni Davida Moyesa. „The Toffees” nie wygrali jeszcze żadnego z sześciu meczów. Dla piłkarzy z niebieskiej części Liverpoolu to najgorszy start w historii. David Moyes ma nie lada zadanie przed sobą, bo jeśli nie przypomni szybko (bo przecież wygrywać potrafią) swoim graczom, jak się wygrywa, to sezon lada chwila będzie można nazwać przegranym. Everton w ubiegłym sezonie skończył zmagania ligowe na ósmej lokacie i dosłownie otarł się o europejskie puchary. Zarządowi udało zatrzymać się w klubie Mikela Artetę i Stevena Pienaara i postawiono ambitne cele. Jeśli gracze Moyesa nie przebudzą się prędko, to później może już nie starczyć kolejek. Warto też wspomnieć, że Birmingham na swoim stadionie łatwym przeciwnikiem nie jest. Piłkarze McLeisha podczas obecnej kampanii na St. Andrews nie przegrali. Czy w sobotę to się zmieni?
Stoke City Tony’ego Pulisa podejmie w sobotę waleczne Blackburn. Gospodarze, po fatalnym początku, zaczęli nabierać wiatru w żagle. Jedną z postaci, która w tym zespole zasługuje na wyróżnienie, jest Kenwyne Jones. Napastnik sprowadzony latem z Sunderlandu odnalazł się w nowym otoczeniu i z meczu na mecz pokazuje, jak niebezpieczny potrafi być dla rywali. Jones strzelił w tym sezonie trzy gole i robi to regularnie od trzech spotkań. Czy defensywa Blackburn z Christopherem Sambą jest na tyle solidna i zdoła powstrzymać gracza z Trynidadu i Tobago? Blackburn pokazuje w tym sezonie zęby, korzystne wyniki w ostatnich meczach może zawdzięczać mrówczej pracy i zaciętości. Gracze Sama Allardyce’a od trzech spotkań nie doznali porażki i jak na razie spisują się bardzo dobrze. Pokonali już Everton, zatrzymali Manchester City oraz Fulham, a ostatnio ugrali komplet punków z Blackpool. Zatem spotkanie na Britannia Stadium nie będzie miało zdecydowanego faworyta.













