Pięć koni biorących udział w wyścigu o tytuł mistrza Anglii jest już niemal na ostatniej prostej. Wciąż na czele jest „Czerwony Diabeł” ze stajni Manchesteru, za nim dwa konie z Londynu, jeden z północnych dzielnic, który siedzi na ogonie lidera, a za nim reprezentant zachodniej części stolicy Anglii. Za tą dwójką plasuje się inny wierzchowiec ze stajni Manchesteru –„Citizens”, a całą stawkę zamyka kolejny londyński rumak –„Kogut”. Do końca Premiership pozostało osiem kolejek, walka o mistrzostwo staje się z każdą kolejną coraz ciekawsza.
Zraniony lider (Karol Wnuk)
Manchester United nieco zmienił sposób rozstrzygania meczów na przedostatnich dwunastu kolejkach. Piłkarzom sir Aleksa Fergusona od dziewięciu spotkań nie udało się zremisować (sześć zwycięstw i trzy przegrane). Na początku sezonu gubienie punktów poprzez remisowanie „wygranych” meczów było zmorą wicemistrza Anglii. Wygląda na to, że „Czerwone Diabły” wyniosły z takich spotkań naukę, ale problem pojawił się gdzie indziej – porażki. O ile dwie ostatnie, ze względu na klasę rywali, są wytłumaczalne, to mecz z 5 lutego na Moulineux nie nadaje się nijak do racjonalnego wyjaśnienia. Manchester United po raz pierwszy w sezonie, po 24 meczach, został pokonany, na dodatek przez ostatnią drużynę Premier League. Porażka z Wolves była szokiem, który na piłkarzy z Manchesteru podziałał mobilizująco – dwa kolejne spotkania zakończyły się triumfem „Czerwonych Diabłów” (w tym ważny mecz derbowy z City). Później przyszła pora na kolejne przegrane. Tym razem gracze Fergusona musieli uznać wyższość rywala na Stamford Bridge i Anfield. Taka strata punktów przez United pozwoliła, drugiemu w tabeli Arsenalowi zbliżyć się do lidera niebezpiecznie blisko. Ostatni mecz rozegrany 19 marca z Boltonem pozwolił powrócić United na drogę zwycięstw. Walka o tytuł zapowiada się niezwykle ciekawie. Manchester United czuje na plecach oddech „Kanonierów”, którzy jak nikt inny nie mogą doczekać się trofeum. Obecnie zespoły dzieli różnica pięciu punktów, ale należy pamiętać, że może ona zmaleć do dwóch, jeśli tylko Arsenal wygra swój zaległy mecz. Bezsprzecznie najważniejszym wydarzeniem rozstrzygającym losy mistrzostwa będzie kolejka nr 35, w której Manchester zmierzy się właśnie z Arsenalem.
Marzenia „Kanonierów” (Dagna Skóra)

Jeszcze parę tygodni temu Arsenal walczył na czterech frontach. Kibice „Kanonierów” już dumnie zapowiadali poczwórną koronę i chyba nikt się nie spodziewał, że w ciągu kilkunastu dni pozostanie im jedynie walka o tytuł Premier League. Choć patrząc na obecną formę podopiecznych Wengera, i to trofeum oddala się coraz bardziej. Co prawda znajdują się na 2. pozycji w tabeli, tracąc do Manchesteru United pięć punktów, które nie są gigantyczną różnicą, ale przy takich wpadkach ligowych nawet najzagorzalsi kibice nie wierzą już w możliwości swojej drużyny. A takich blamaży było trochę, w szczególności spotkania z beniaminkami. Pierwszy, który nasuwa się na myśl, to mecz kuriozum z Newcastle (4:4). To, co zaprezentowali „Kanonierzy” w drugiej połowie, nawet w najgorszych koszmarach Wengerowi się nie śniło. Kolejny był West Brom, w którym cudem uratowali remis na The Hawthorns (2:2). Do tego dorzucić można jeszcze pamiętne przegrane derby z Tottenhamem i głupio tracone punkty poprzez remisy z Wigan i Sunderlandem. A na domiar złego kontuzje polskich bramkarzy i Djourou. Wojtek Szczęsny dość nieoczekiwanie i w obliczu kontuzji Łukasza Fabiańskiego stał się numerem jeden w bramce Arsenalu, a gdyby nie pechowy uraz, pewnie utrzymałby to miejsce do końca sezonu. Reszta zespołu długimi momentami spisywała się tak, jakby zapomnieli o co grają. Po raz kolejny udowodnili, że ciężko im grać bez Cesca Fabregasa, który całą grę bierze na swoje barki. Nawet rewelacyjny Nasri i niesamowity Wilshare nie potrafią wskrzesić drużyny, która jeszcze tak niedawno zachwycała w meczach z Chelsea albo z Barceloną na Emirates Stadium. Czas powiedzieć, że chyba jeszcze „chłopcy Wengera” nie dorośli do zdobywania najwyższych laurów.











