Do mety zwanej tytułem mistrza Anglii startuje pięć koni. Aż trzy z nich wywodzą się ze stajni w Londynie, dwa z miasta Manchester. Redaktorzy działu ligi angielskiej pokusili się o krótkie podsumowanie formy poszczególnych pretendentów do mistrzowskiego tytułu po rozegranych ośmiu kolejkach. Bitwa o Anglię potrwa jeszcze 30 kolejek, które zapewne będą obfitować zarówno w emocje, jak i niespodzianki.
Czołg zwany Chelsea
Chelsea rozpoczęła sezon 2010/2011 jak na mistrza przystało i jak czołg przetoczyła się przez te osiem kolejek. W trakcie pierwszych pięciu zgromadziła komplet punktów, aplikując rywalom 21 bramek, tracąc przy tym zaledwie jedną. Pod gąsienicami maszyny do zwycięstw padały kolejno WBA, Wigan, Stoke, West Ham oraz beniaminek z Blackpool. Dwie pierwsze drużyny zostały odprawione z sześcioma bramkami. Głównymi nabojami „The Blues” byli Florent Malouda oraz Didier Drogba, obaj na swoim koncie mają po sześć trafień. Pierwszą przeszkodą na drodze do obrony mistrzowskiego tytułu był Manchester City. Brak pomysłu na grę, indywidualne błędy przyczyniły się do porażki na City of Manchester Stadium. Kryzys i spadek formy trwał zaledwie kolejkę, gdyż na Stamford Bridge z bagażem dwóch bramek Chelsea odprawiła rywala z północnej dzielnicy – Arsenal. W ostatnim meczu sposób na Chelsea znalazł Gerard Houlier, który objął stery statku zwanego Aston Villa. Powtórzyły się te same błędy co w meczu z „The Citizens”, ale tym razem udało się zdobyć punkt. Chelsea w tym spotkaniu pokazała, że bez swoich najcięższych armat kalibru Didiera Drogby czy Franka Lamparda i będącego w słabszej dyspozycji Maloudy jest niegroźna i wyraźnie brakuje jej amunicji. Kibice klubu z zachodniej części Londynu będą musieli się modlić o jak najmniejszą liczbę kontuzji swoich czołowych ulubieńców. Chelsea nadal przewodzi w tabeli, ale na jej najmniejszy błąd, najmniejsze potknięcie czeka czający się za nią Manchester City, mający tylko dwa punkty straty.
„Obywatele” wracają do gry

Wszyscy obserwatorzy Premiership ostrzyli sobie zęby na inaugurację, która w tym sezonie zapowiadała się nader ciekawie. Manchester City po raz kolejny zdominował rynek transferowy i latem wzmocnił się za niemałe pieniądze. Tym razem objawiła się jednak ta sama szara prawda, co rok temu. Nie ma zgrania, nie ma sukcesów. Dzięki starciu z Tottenhamem zdołał się jednak wypromować Joe Hart, który dziś stanowi o czystych kontach reprezentacji Anglii. Następnym przeciwnikiem pupili Manciniego był Liverpool. Łomot, jaki sprawili im „Obywatele”, mógł być początkiem końca ekipy Hodgsona, wszak przegrali oni 0:3, a dziś znajdują się w strefie spadkowej. Jak to jednak często w drużynie Manchesteru bywa, przegrała ona następne wyjazdowe (z naciskiem na to słowo) spotkanie. Bent ukarał piątą siłę Premiership, zdobywając zwycięską bramkę z rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Nie lepszą grę kibice mogli oglądać podczas starcia z Blackburn, kiedy to wspomniany już Hart popełnił karygodny błąd w duecie z Kolo Toure, co przesądziło o szczęśliwym dla ekipy Allardyce’a remisie. Być może był to zimny prysznic dla podopiecznych Manciniego, gdyż kolejne cztery mecze ligowe zakończyły się ich zwycięstwem. Wreszcie można było zobaczyć kunszt techniczny, możliwości nowych nabytków, a także klasę Teveza. Argentyńczyk przewodzi tabeli strzelców i może się cieszyć z zadania ciosu mistrzom Anglii, którzy ulegli na stadionie „Obywateli”. Poprawa w grze Silvy i dobra postawa Johnsona zwiastują walkę o czempionat. Wystarczy wspomnieć, że Manchester City obecnie depcze po piętach Chelsea…











