Po dziesięciu kolejkach T-Mobile Ekstraklasy jedynie dwie drużyny nie schodziły z boiska z nierozstrzygniętym wynikiem. Zespołami tymi są Lechia Gdańsk i Piast Gliwice. O ile w przypadku beniaminka nie jest to sytuacja zadziwiająca – cztery wygrane (dwie u siebie, dwie na wyjeździe) i sześć porażek (trzy u siebie i trzy na boiskach rywali) – o tyle sytuacja „Biało-zielonych” jest nieco zaskakująca. Nie chodzi tu o liczbę zwycięstw i porażek (równo po pięć). Ciekawa jest inna statystyka – podopieczni Bogusława Kaczmarka zdecydowaną większość punktów zdobyli w meczach wyjazdowych, a stracili na własnym obiekcie. Dlaczego wygrywanie na PGE Arenie sprawia lechistom tyle trudności?
Prawdą starą jak świat jest to, że punkty łatwiej zdobywa się na własnym stadionie. Zwykło się mówić, że gospodarzom pomagają ściany. Nie jest tak w przypadku Lechii Gdańsk. Od momentu rozegrania pierwszego meczu na PGE Arenie lechiści w 20 spotkaniach odnieśli tylko cztery zwycięstwa. Ujmijmy to procentowo: od 14 sierpnia 2011 roku po dziś dzień na własnym obiekcie gdańszczanie wygrali zaledwie 20% spotkań, zremisowali 35%, przegrali natomiast 45%. Są to zatrważające liczby dla drużyny, która nie ukrywa, że ma ambitne plany.

W obecnych rozgrywkach ligowych jedyną drużyną, która poległa w Gdańsku, był Lech Poznań. Resztę punktów podopieczni „Bobo” Kaczmarka zdobyli na boiskach w Bielsku-Białej, Białymstoku, Kielcach i Szczecinie. Analizując jednak obecny sezon, trzeba gdańszczanom oddać, że u siebie podejmowali drużyny ze ścisłej członki polskiej ekstraklasy. Polonia, Legia, Lech, Śląsk czy Piast, będący w owym czasie na fali wznoszącej, w każdych warunkach są niezwykle wymagającymi przeciwnikami. Na pewno też piłkarzom nie pomaga presja gdańskich kibiców, którzy po przeniesieniu na nowy stadion wymagają wyników adekwatnych do areny, na której występuje ich drużyna.
Do tego trzeba dodać liczne kontuzje, słabą grę w defensywie oraz brak stabilizacji na pozycji bramkarza. Wraz z końcem poprzedniego sezonu do Włoch przeniósł się Wojciech Pawłowski, który mimo młodego wieku stanowił silny punkt „Biało-zielonych”. W sierpniu tego roku poważnej kontuzji zerwania wiązadeł krzyżowych nabawił się Sebastian Małkowski, który miał być numerem jeden w bramce Lechii. Jego miejsce zajął Michał Buchalik, do pierwszej drużyny włączony został Bartosz Kaniecki. Buchalik zagrał w pięciu kolejkach, potem zastąpił go były bramkarz Widzewa. Kaniecki był pierwszym bramkarzem aż do meczu z Podbeskidziem, w którym to złamał lewą rękę. Do bramki na pojedynek z Legią wrócił Buchalik, który rozegrał dobry mecz. Obronił rzut karny wykonywany przez Ljuboję oraz skutecznie interweniował w kilku innych sytuacjach. Niestety, nie pomogło to w wywalczeniu nawet punktu.













