Zamykające 11. kolejkę spotkanie Cracovii z Polonią Warszawa zakończyło się sprawiedliwym remisem 0:0. O ile pierwsza część meczu była w miarę atrakcyjna, to o drugiej chyba wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć.
Pierwszy kwadrans spotkania toczony był w dość ospałym tempie. Piłkarze obu drużyn nie rozpieszczali kibiców udanymi zagraniami, a wart odnotowania był fakt, że Andrzej Niedzielan został złapany na spalonym w tak krótkim czasie aż trzykrotnie. No i dla dopełnienia można powiedzieć, że przeważała Polonia, raz ładnie uderzał Trałka, ale został zablokowany.

Gospodarze pierwszą groźną sytuację stworzyli dopiero w 20. minucie. Z dystansu ładnie i mocno uderzył Suworow, ale bardzo dobrze w tej sytuacji interweniował Gliwa. Chwilę później powinno być 1:0 dla podopiecznych Dariusza Pasieki. Dobre podanie z lewej strony boiska dostał Andrzej Niedzielan, ale w sytuacji sam na sam z bramkarzem Polonii trafił w Gliwę, i na tablicy wyników nadal było 0:0.
Później spotkanie nabrało tempa, ale ani jedni, ani drudzy nie potrafili stworzyć sobie stuprocentowej sytuacji do strzelenia bramki. Sporo też było niedokładności i to głównie ten element zaważył na tym, że do przerwy, mimo dobrego meczu, przy Kałuży nie oglądaliśmy bramek.
Druga odsłona tego spotkania zaczęła się w o wiele gorszym stylu niż pierwsza. Gra się zaostrzyła, zamiast ataków na bramkę coraz częściej oglądaliśmy ataki na nogi przeciwników, a gwizdek sędziego słychać było co najmniej dwa razy częściej.
Pierwsza groźna sytuacja miała miejsce w 64. minucie. Dobre dośrodkowanie z prawej strony boiska dostał Brzyski, ale źle uderzył głową i piłka poszybowała nad poprzeczką.

Szczerze mówiąc, oglądanie drugiej połowy spotkania Cracovii z Polonią bolało. Poziom spotkania był dramatycznie niski, gwizdek sędziego przerywał spotkanie częściej niż raz na minutę, a liczba niedokładności z jednej i drugiej strony znacznie przekroczyła liczbę widzów.
Najlepszą i zarazem jedyną stuprocentową sytuację w drugiej połowie zmarnował Cani. Napastnik Polonii dostał świetne prostopadłe podanie i w sytuacji jeden na jeden trafił w Kaczmarka. Chwilę później fatalny błąd popełni Gliwa i piłka wpadła do siatki gości. Jednak sędzia liniowy słusznie dopatrzył się spalonego i bramki nie uznał.











