W zeszłym sezonie kibice zgromadzeni na St. James Park byli świadkami wielkiego meczu zakończonego remisem 4:4. Tym razem spotkanie nie było tak interesujące i Arsenal podzielił się punktami z Newcastle.
W ciągu ostatnich tygodni wokół Arsenalu działo się bardzo wiele i zachowanie spokoju w szatni należało z pewnością do zadań co najmniej trudnych. Przedłużające się negocjacje w sprawie Cesca Fabregasa, chęć odejścia Samira Nasriego i wieloletniego „Kanoniera” – Emmanuela Eboue – zatrzęsło posadami Emirates Stadium. Na domiar złego rotmistrz artylerii – Arsene Wenger – całkowicie się pogubił i przestał na moment panować nad rzeczywistością, stwierdzając, że z jego zespołu nikt nie odejdzie.
Nie lepiej prezentuje się sytuacja w dokach Newcastle. Dwaj krewcy i doświadczeni zawodnicy, Joey Barton i Jose Enrique, odmówili przyodziania się w biało-czarne koszulki, ale ostatecznie… Barton wybiegł w pierwszym składzie. Do tego niechęć fanów do właściciela klubu, Mike’a Ashleya jeszcze wzrosła, choć wydawało się to niewykonalne. Działania włodarzy „Srok” doskonale współgrają z upadkiem stoczni w samym mieście. W barwach Newcastle jest więcej majtków, niż marynarzy i z pewnością „Sroki” powalczą tylko i wyłącznie o byt w Premiership. Ten scenariusz potwierdziła pierwsza połowa meczu.
Od pierwszej minuty w bramce gości stanął Wojciech Szczęsny. Polak przez pierwsze 45 minut nie miał zbyt wiele do roboty, poza wyłapywaniem zbyt mocnych dośrodkowań. Faworyci tego spotkania od początku przejęli inicjatywę i spokojnie rozgrywali piłkę, by po chwili posłać długą piłkę do Robina Van Persiego czy nowego nabytku, Gervinho. Zawodnik pochodzący z Wybrzeża Kości Słoniowej z przytupem wszedł w to spotkanie, wygrywając kilka pojedynków jeden na jeden z prawej lub lewej flanki. W 17. minucie Gervinho dograł piłkę do Van Persiego, a ten uderzył z jedenastu metrów i piłka po rykoszecie poleciała tuż obok bramki. Były gracz Lille należał do najaktywniejszych piłkarzy na boisku i razem z Aaronem Ramseyem oraz Tomasem Rosickym stanowili o sile ofensywnej gości. Jednak dobrych okazji Arsenal stworzył jak na lekarstwo z powodu zbyt długiego przytrzymywania piłki i braku uderzeń z dystansu. „Kanonierzy” chcieli wejść do bramki rywala, a na przeszkodzie zawsze stawał Fabricio Colloccini trzymający pieczę nad własnym polem karnym.
W ostatnim kwadransie gry pierwszej odsłony kibice Newcastle wielkim entuzjazmem i gromkimi brawami przyjęli szansę na zdobycie gola przez swoich ulubieńców. „Sroki” wywalczyły rzut rożny. Ten obrazek powiedział wszystko na temat gry gospodarzy. W 44. minucie Andriej Arszawin mięciutko przerzucił piłkę nad linią obrony i Van Persie stanął oko w oko z bramkarzem, lecz nie potrafił dobrze przyjąć futbolówki i szybko wybił mu ją spod nóg defensor Newcastle.
Do przerwy bez bramek po słabym widowisku.











