Podziałem punktów zakończyła się sentymentalna podróż Brendana Rodgersa do Swansea. Obecny klub Irlandczyka, Liverpool, zremisował bezbramkowo z jego była drużyną. Mimo braku goli spotkanie stało na bardzo wysokim poziomie.

Podopieczni Michaela Laudrupa przystępowali do meczu z 16 punktami po 12 kolejkach. Wyprzedzali o jedno oczko będący tuż za nimi Liverpool. Wiadomo jednak (oczywiście nie umniejszając sportowej klasy „Łabędzi”), że potencjał obu klubów jest różny i Liverpool po fatalnym początku rozgrywek będzie się piął w górę tabeli. Swansea to natomiast solidny średniak, który najprawdopodobniej usadowi się spokojnie w środku stawki, a pod koniec kwietnia będzie jedynie śledził zaciętą walkę o mistrzostwo ekip usytuowanych wyżej oraz heroiczną walkę o uniknięcie degradacji tych pod nim w klasyfikacji.

„The Reds” po zwycięstwie nad Wigan w poprzedniej kolejce (3:0) wpadli na Liberty Stadium niczym rozpędzony kowboj szukający draki. Prym w obecnym sezonie wiedzie oczywiście naczelny zabijaka całej ligi, czyli Luis Suarez. „El Pistolero” za punkt honoru wziął sobie udowodnić wszystkiemu co żywe na angielskiej ziemi, że nazwisko Suarez od teraz będzie się kojarzyć z taśmowo zdobywanymi bramkami, a nie aferami pozaboiskowymi i akademickimi niemal rozważaniami dotyczącymi kulturowych różnic w nazewnictwie ciemnoskórych graczy.

Jego vis-a-vis w Swansea, czyli Michu, także straszy defensywy w Premier League w tych rozgrywkach. Nie można powiedzieć, że to chłopak znikąd, ponieważ nazwanie tak gracza, który przed przyjściem do Swansea strzelił 15 bramek dla Rayo w La Liga, byłoby – delikatnie mówiąc – nadużyciem. Anglicy lubują się w różnego rodzaju zestawieniach i już teraz śmiało możemy wręczyć Michu tytuł najlepszego transferu obecnego sezonu. Siedem bramek w lidze mówi samo za siebie. Nie mieliśmy w Premier League tak skutecznego pomocnika od czasów Franka Lamparda w jego złotych latach skuteczności.














