Degrengolada piłkarskiego rynku trwa w najlepsze. Roman Abramowicz, zgodnie z powszechnymi przepowiedniami, znalazł wreszcie godnych następców. Urzędujący w Manchesterze Thaksin Shinawatra w ciągu nieco ponad pół roku wydał na transfery blisko 120 milionów euro, a zimą suma ta winna ulec zwielokrotnieniu. Patrzeć tylko, jak kolejni finansowi potentaci zaczną podążać śladem rosyjskiego miliardera i azjatyckich fanatyków, z powodzeniem zasilając bandę naturszczyków bezczelnie psujących futbolową ekonomię.
Pojawienie się Abramowicza w Londynie zakończyło pewną epokę. Już na długo przed Rosjaninem rekordowymi transferami szokował madrycki Real, działania Królewskich nastawione były jednak przede wszystkim na zysk. Bliska geniuszu marketingowa polityka sprawiła, że efektowne transfery futbolowych gwiazd spłacały się błyskawicznie, przynosząc madryckiemu gigantowi niebotyczne wpływy. Objazdowy madrycki cyrk w biznesowych realiach osadzony był nad wyraz mocno, czego nie można powiedzieć o angielskich potworkach. Działania Czerwonego Romka położyły kres epoce rozwagi i sensu.
Futbol to biznes, a w biznesie chodzi przede wszystkim o osiągnięcie zysku. Rosjanin ekonomię miał jednak w głębokim poważaniu i wpompował w Chelsea gigantyczne pieniądze, bez szans na ich odzyskanie. Klub, z przedsiębiorstwa hołdującego rynkowym realiom, przeistoczył się w ekskluzywną zabawkę. Teraz tropem Abramowicza podążają ludzie z Abu Dhabi. Już u schyłku ubiegłego lata wpadli oni w transferowy amok, lekką ręką wydając na wzmocnienia sumę niemal dziewięciocyfrową. Szaleństwu nie widać końca, a lista życzeń Citizens zdaje się raczej przypominać czołówkę rankingu „France Football” aniżeli potencjalne wzmocnienia angielskiego średniaka.
Jak dotąd zimowe transfery Manchesteru ograniczyły się do zakupu Wayne’a Bridge’a. Za zawodnika, który przez półtora roku w Premiership rozegrał ledwie 16 spotkań, włodarze MC zapłacili Chelsea 12 milionów euro. Kto będzie następny? Kaka, Buffon, Ronaldo, Senna… Orientalny pieniądz nęci, lecz najwybitniejsi wciąż odmawiają Azjatom. Wszak co to za przyjemność biegać po City of Manchester Stadium, kiedy ma się do wyboru Old Trafford, San Siro bądź Santiago Bernabeu? Krzepiące, że nie wszystko można kupić, a dla wielu wciąż liczy się marka. Ciekawe tylko, jak długo.










