Lechia Gdańsk zremisowała z PGE GKS-em Bełchatów w spotkaniu 9. kolejki T- Mobile Ekstraklasy. Pomimo wielu okazji do zdobycia bramki żadnej z drużyn ta sztuka się nie udała.
Od początku spotkania Lechia starała się pokazać, że to ona jest faworytem meczu. Pierwszy naprawdę groźny strzał podopieczni Tomasza Kafarskiego oddali w 17. minucie pojedynku. Po indywidualnej akcji i podholowaniu piłki przed pole karne bełchatowian na uderzenie zdecydował się Tomasz Dawidowski, ale na posterunku był Łukasz Sapela.

Po chwili odpowiedzieli goście. Po rozegraniu Fonfary z Buzałą ten drugi znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Byłemu zawodnikowi Lechii Gdańsk najwyraźniej szybciej zabiło serce na myśl o możliwości strzelenia gola byłym kolegom z drużyny, więc zamiast umieścić piłkę w bramce dał się wykazać debiutującemu w bramce gdańszczan Wojciechowi Pawłowskiemu.
Już w 23. minucie kolejny raz dobrą okazję do objęcia prowadzenia mieli lechiści. Po zamieszaniu w polu karnym futbolówkę uderzał Bąk, ale jego strzał przeleciał obok słupka bramki strzeżonej przez Sapelę.
Goście nie chcieli pozostać dłużni i również stworzyli doskonałą okazję do zdobycia bramki. Po raz kolejny piłkę w siatce mógł umieścić Buzała, który, będąc na czystej pozycji, po raz kolejny uderzył w bramkarza.
W 36. minucie Lechia miała wręcz wymarzoną okazję, by uradować kibiców zgromadzonych na PGE Arenie. Fatalny błąd popełnił Lacić, który oddał futbolówkę Tadiciowi. Ten popędził w kierunki bramki. Wydawało się, że pozostaje mu tylko umieścił piłkę w siatce, ale zawodnik Lechii trafił jedynie w słupek. Dobitka Wiśniewskiego również nie znalazła drogi do bramki, ponieważ futbolówka przeleciała ponad poprzeczką.
W 53. minucie kolejną, trzecią już w tym meczu doskonałą okazję miał Paweł Buzała. W jego przypadku nie sprawdziło się jednak powiedzenie „do trzech razy sztuka” ponieważ i tym razem napastnik bełchatowian nie zdołał pokonać Pawłowskiego. Trener Kiereś wyraźnie zdegustowany postawą swojego zawodnika postanowił ściągnąć go z boiska, dając szansę doświadczonemu Marcinowi Żewłakowowi.
Kilka minut później bełchatowianie powinni otrzymać rzut karny. na 16. metrze nieprzepisowo powstrzymywany był Wróbel, ale arbiter uznał, że w tej sytuacji rzut karny gościom się nie należy, co niewątpliwie będzie przedmiotem dyskusji ekspertów.
Im dłużej trwało spotkanie, tym większą niedokładnością „popisywali” się piłkarze obu drużyn. Gra była coraz wolniejsza, co sprawiało, że i sytuacji było coraz mniej. Strzałów próbował m.in. wprowadzony po przerwie Machaj, ale żadne z uderzeń tego zawodnika nie trafiło w światło bramki.











