Czy kibice GKS-u Bełchatów jeszcze wierzą? Czy w Bielsku-Białej tli się jeszcze nadzieja? Jeśli tak, to w obu przypadkach należy uświadomić ludzi, którzy czekają na cud. Podbeskidzie i PGE spadną już za pół roku. Nie dość, że zaprezentowały się żenująco jesienią, to w przerwie zimowej totalnie rozmontowały swoje składy.
Spadek dwóch ostatnich drużyn polskiej ekstraklasy jest łatwy do przewidzenia jak to, że niedługo Joey Barton znowu wyskoczy z kontrowersyjnymi tweetami. Oczywisty jak śnieg w styczniu. Pewny jak pieniądze w szwajcarskim banku. Tylko szaleniec może wierzyć w cudowne przebudzenie Bełchatowa i Podbeskidzia. Jeśli tuż po rundzie jesiennej kibice obu tych zespołów mogli jeszcze gdziekolwiek upatrywać szans na szczęśliwy happy end, tak po zimie nie mają nawet na czym oprzeć swojej nadziei.

Sytuacja kadrowa w Bielsku-Białej wypada blado jak Andres Iniesta przy Marcinie Smolińskim. Król, Cohen, Ziajka, Sacha, Bąk, Koman, Cienciała – odejście tych zawodników fani „Górali” jeszcze jakoś przeboleli. Gorzej, gdy z zespołu odchodzą dwa żądła w postaci Ireneusza Jelenia i Kamila Adamka. W wypadku tego pierwszego, choć tak jak cały zespół zaliczył beznadziejną rundę, można było liczyć, że chociaż na wiosnę coś ustrzeli. Jednak były napastnik AJ Auxerre wykorzystał zapisy w kontrakcie i uciekł z tonącego statku ledwie po kilku miesiącach. Inna historia wiąże się z Adamkiem. Tutaj mieliśmy istny kogel-mogel. Afera godna sagi związanej z powrotem Cesca Fabregasa do Barcelony. Wtedy jednak chodziło o potężne pieniądze, o zawodnika walczyły potężne marki piłkarskie. My musieliśmy się zadowolić konfliktem na linii Podbeskidzie – Drzewiarz Jasienica. Mącił prezes, mącił sam Adamek, mącił mecenas Grzegorz Zielecki, mącił menedżer Tomasz Kaczmarczyk. Finał tej historii jest taki, że Kamil wraca do IV ligi, a o dwóch bramkach strzelonych w ekstraklasie będzie mógł opowiadać kibicom w Jasienicy. Owszem, na stadion przy ulicy Rychlińskiego zawitali chociażby Błażej Telichowski czy Anton Sloboda, ale trudno opierać na takich transferach nadzieję na utrzymanie. Tym bardziej że oprócz nich sprowadzono także Lukę Gusicia z Jagiellonii. Istny sabotaż.
Jak wygląda sprawa w Bełchatowie? Najlepiej obraz wyjaśnia pewne polskie przysłowie – zamienił stryjek siekierkę na kijek. Tyle że w GKS-ie siekierki od dawna nie było, a więc nastąpiła tam zmiana z kijka na… drzazgę. Podstawowego bramkarza, Adama Stachowiaka, oddano do Botevu Plovdiv i tym samym bełchatowianie przystąpią do rundy z osiemnastoletnimi golkiperami – Paprockim i Podleśnym – oraz o rok starszym Baranowski. Obrona została wzmocniona Rafałem Kosznikiem z poznańskiej Warty, który do Bełchatowa przyjechał wraz z klubowym kolegą – Łukaszem Grzeszczykiem. I to na tyle, jeśli chodzi o wzmocnienia, bo chyba nikt nie wierzy w spektakularną formę wracającego Patryka Rachwała, który w Zagłębiu Lubin oglądał mecze z trybun. Linia pomocy uszczupliła się o postać Kamila Kosowskiego, który powędrował do krakowskiej Wisły. Z kolei atak bełchatowian stracił Pawła Buzałę, który pojechał do Gdańska, by spróbować zastąpić Razacka Traore. I z pewnością na próbach tylko się skończy. Ale wracając do sytuacji „Brunatnych” – przeglądając ich kadrę, trudno znaleźć piłkarza, który mógłby pociągnąć ten zespół za uszy. W barwach GKS-u nie zobaczymy już aktywnego jesienią Wróbla, przeciętnego Bożoka czy wiecznie leczącego urazy Dawida Nowaka (wszyscy zaliczyli karną zsyłkę do Młodej Ekstraklasy). A na ławkę trenerską wraca Kamil Kiereś. Ciężka dola kibica ekipy z Bełchatowa, oj ciężka…












