Podbeskidzie w tym sezonie ponownie karaska się w dolnych rejonach tabeli. Sytuacja nie wygląda zbyt wesoło, bo podopieczni Czesława Michniewicza zajmują ostatnią lokatę. Drużyna straciła animusz z poprzedniego sezonu, a wewnątrz niej panuje spory chaos.
W ubiegłym sezonie podczas rundy wiosennej zespół Podbeskidzia Bielsko-Białej był w trudnej sytuacji w tabeli i mało kto wierzył, że uda mu się utrzymać w rozgrywkach T-Mobile Ekstraklasy. Postawiono va banque i zatrudniono Czesława Michniewicza, który dokonał prawdziwego cudu z „Góralami”, utrzymując ich w elicie. Drużyna z Górnego Śląska zachwycała wielu. W szczególności w meczu wyjazdowym z Lechem Poznań, kiedy udało im się pokonać Mariusza Rumaka i zamknąć drogę „Kolejorzowi” do zdobycia mistrzostwa. Piłkarze realizowali zadania taktyczne trenera i ich grę oglądało się bardzo miło. Nie brakowało determinacji, czego przykładem są wygrane trzy ostatnie mecze ligowe w ubiegłym sezonie, od których zależało pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Włodarze klubu byli bardzo zadowoleni i postawili pozostawić kolejny raz na Czesława Michniewicza. Mieli oni również nadzieję, że piłkarze Podbeskidzia podtrzymają dyspozycję z końcówki sezonu. Nie chciano ponownie przeżywać nerwowej sytuacji, dlatego nowe rozgrywki miały być zupełnie inne od poprzednich. Coś jednak pękło w zespole Podbeskidzia i stracił on swój blask. Odzwierciedleniem był słaby początek. „Górale” w pierwszych spotkaniach często gubili punkty i wielu zastanawiało się, gdzie podziała się drużyna, która jeszcze nie tak dawno bardzo dobrze się prezentowała.

Czynnikiem takiego rozwoju zdarzeń jest w głównej mierze brak koncentracji. Warto zauważyć, że kiedy Podbeskidzie straci jako pierwsze gola, to wówczas przegrywa. Zdarza się tak, że w zremisowanych spotkaniach zawsze obejmuje prowadzenie, a później oddaje inicjatywę i zamiast inkasować komplet punktów dopisuje sobie tylko jedno oczko. Wyjątkiem było ostatnie spotkanie z Lechem Poznań, gdzie mimo przewagi poznańskiej drużyny udało się z nimi bezbramkowo zremisować. W końcówce 18-letni Aleksander Jagiełło mógł strzałem z okolic pola karnego pokonać Gostomskiego i spłatać psikusa wicemistrzom Polski. Gospodarze odczuli spory niedosyt, bo kolejny raz mieli szansę urwać punkty Lechowi i w odpowiednim momencie się przełamać. Gdyby zliczyć wszystkie stracone w głupi sposób punkty, to pewnie po ich dodaniu zobaczylibyśmy podopiecznych Czesława Michniewicza w środkowej części tabeli. Rzeczywistość okazuje się bolesna, bo plasują się na ostatniej lokacie w tabeli. Pocieszające, że tracą tylko punkt do czternastego Zagłębia Lubin, ale na pewno nie jest to zgodne z planem, jaki w Bielsku-Białej zakładano.












