„Teleexpress”, wtorek, 17:13, podsumowanie kolejki. I nagle słyszę: poprzednia seria spotkań naszej ekstraklasy cieszyła się dużym zainteresowaniem. Na trybunach zasiadło 65 tysięcy ludzi.
Ręce mi opadły. Właściwie opadło mi wszystko. 65 tysięcy ludzi obejrzało łącznie wszystkie spotkania ekstraklasy i nazywamy to dużym zainteresowaniem. Żałosne.
Zgodnie z danymi, które możemy znaleźć na stronie Stadiony.net, pojemność wszystkich ekstraklasowych stadionów to 292 425 tysięcy. Czyli przy frekwencji równej 65 tysięcy zapełnionych było niespełna 23% ogólnej pojemności stadionów drużyn grających w TME.
I w kraju, w którym piłkę nożną nazywa się sportem narodowym, ja słyszę, że frekwencja sięgająca 23%, to dużo? Powinno się raczej mówić, że ludzie przestają chodzić na stadiony.

Ale szczerze mówiąc, trudno się kibicowi dziwić. Bo jak on słyszy, że gdy pójdzie na stadion i przez przypadek wymsknie mu się jakieś przekleństwo, to policja wsadzi go do radiowozu, wystawi mandat na 2 tysiące złotych, a do tego dołoży jeszcze gratisowy zakaz stadionowy na dwa lata… Każdemu by się odechciało.
Bo co to za interes – pójść na mecz, zakląć raz w prywatnej rozmowie z kolegą i zapłacić mandat opiewający na 2 tysiące złotych. Żaden. To nie zachęca do oglądania meczu na żywo. To nie zachęca do śledzenia naszej ligi.
Szczerze wątpię, by w Anglii, Niemczech, Włoszech czy Hiszpanii za podobne wykroczenia nakładane były podobne sankcje. A frekwencja w wyżej wymienionych krajach jest dużo, dużo wyższa niż u nas. Wystarczy wspomnieć, że chętnych do obejrzenia meczu Borussii Dortmund z Bayernem Monachium było aż 450 tysięcy! Liczba kosmiczna, ale prawdziwa. Tak samo, jak prawdziwe jest to, że ten jeden mecz obejrzy więcej kibiców niż całą poprzednią kolejkę polskiej ligi…











