Jeżeli klub boryka się z problemami finansowymi, nie ma funduszy na zakup nowych zawodników, a większość piłkarskich znawców nie wróży mu przyzwoitego miejsca w klasyfikacji, co najwyżej środek tabeli, to wyczyn Widzewa już na starcie jest nieco zastanawiający, pozytywnie zastanawiający.
Jak do tego doszło? Chyba każdy niejednokrotnie słyszał o dzieciakach Mroczkowskiego. Trener Mroczkowski musiał zrobić to, co zespół zrobił, zatrudniając go – zapewnić Widzewowi pewne utrzymanie, tak żeby z klubowego konta zniknęło jak najmniej pieniędzy. Przed startem ligi można rzec: mission impossible.

Według mnie Widzew ma najlepszy skauting wśród wszystkich ekip naszej ekstraklasy. Co roku do klubu dołączają zawodnicy, którzy z punktu widzenia statystyk i występów w poprzednich drużynach wiele nie wniosą do zespołu. Przykład: Princewill Okachi. Kto by pomyślał, że ówczesny gracz drugiej ligi maltańskiej będzie w stanie grać główne skrzypce w ofensywie „Czerwonych”. Chłopcy już w wieku 15, 16 lat są wynajdowani z małych zespołów oraz szkółki łódzkiego klubu.
13 punktów na 15 możliwych Widzew zawdzięcza tylko i wyłącznie dzieciakom Mroczkowskiego. Prawie 60% zdobytych bramek w tym sezonie przypisują sobie zawodnicy, którzy mają nie więcej niż 19 lat! Mam tutaj na myśli Aleksa Bruno, Mariusza Rybickiego oraz Mariusza Stępińskiego. Nie tylko ich trzeba chwalić. W defensywie bryluje młodziutki Bartkowski, a w ofensywie, tak jak wcześniej wspomniałem, Princewill Okachi.
Nasuwa się pytanie: co dalej? Czy ci piłkarze pójdą śladami np. świetnie zapowiadającego się Klicha, który wyjechał na wycieczkę do Niemiec i trenuje wraz z zespołem drugiej drużyny? Mam nadzieję, że nie. Widzew po to szlifuje diamenty, żeby później trafiły one w dobre ręce, a nie były jedynie przekazywane od kupca do kupca.











