Legia Warszawa – jedna z najbardziej rozpoznawalnych drużyn w Polsce, klub posiadający wyjątkowo bogatą historię i bardzo oddanych, czasem nawet fanatycznych kibiców. W tym sezonie właściciele klubu, koncern ITI, uparli się, żeby osiągnąć duży sukces, najlepiej mistrzostwo Polski, ale miejsce dające przepustkę do Ligi Europy jeszcze ujdzie w tłoku. Jednak to, co się dzieje w zespole z ulicy Łazienkowskiej, to… No właśnie, co się dzieje z warszawską Legią?

Początek już znamy doskonale, ogromne pieniądze, głośne transfery, a potem konflikty, podziały i godna politowania forma. Pierwsza runda bieżącego sezonu była trudna dla legionistów, lecz ostatnie mecze mogły napawać kibiców optymizmem. Po słabym początku warszawianie złapali wiatr w żagle i zaczęli wygrywać mecz za meczem (jedyna wpadka od 9. kolejki to porażka 0:4 z Wisłą Kraków). Jednak głównymi motorami tych zwycięstw nie byli nowo pozyskani piłkarze z zagranicy, lecz doświadczony Tomasz Kiełbowicz, młody Marcin Kucharczyk, czy powstający jak Feniks z popiołów Miroslav Radović. Wydawało się, że trener Skorża stworzył mechanizm godny tytułu mistrzowskiego, brakowało jedynie kilku trybów, które szkoleniowiec dostał w prezencie od Dziadka Mroza. Michal Hubnik miał i chyba wciąż ma wszelkie predyspozycje do tego, żeby stać się czołowym snajperem polskiej Ekstraklasy. Żeby nie było problemów z głębią w zespole, Legia pozyskała jeszcze Janusza Gola, Dejana Kelhara i Feliksa Ogbuke i Maciejowi Skorży pozostało nic innego, jak tylko wygrywać. Rzeczywistość okazała się brutalna.

Po ośmiu kolejkach, a więc na półmetku rundy wiosennej, Legia ma na swoim koncie 32 punkty, z czego w drugiej połowie zdobyła ich zaledwie pięć, najmniej z wszystkich drużyn Ekstraklasy. Nieważne, czy legioniści grają dobrze, czy lepiej niż dobrze, czy rywal strzela sobie samobóje, czy trener drużyny przeciwnej popełnia harakiri, patrząc na grę swoich podopiecznych, Legia i tak przegrywa. Szczytem niemocy była porażka z Ruchem Chorzów. Warszawianie mieli już chorzowian na widelcu, jednak w momencie strzelenia przez Arkadiusza Piecha bramki na 2:1 było już wiadomo, że nic z tego nie będzie. Po spotkaniu sami piłkarze twierdzili, że to właśnie pierwszy gol Piecha zadecydował o losach meczu, ale przecież Legia w tym momencie prowadziła! Jak bardzo rozkapryszone muszą być warszawskie gwiazdy, kiedy w momencie, gdy tracą gola, który tak naprawdę niewiele zmienia, biorą zabawki i chowają się w kąt niczym skrzywdzone dziecko?













