Sezon ogórkowy na polskim podwórku zbliża się wielkimi krokami. Większość zawodników z ulgą przyjmuje do wiadomości, że pozostało jeszcze jedno spotkanie i będą mogli spędzić święta z rodziną, odpocząć na urlopach, a na koniec pełni werwy wrócić na boiska treningowe by dobrze przygotować się do rundy rewanżowej. Oczywiście przerwa to również okno transferowe, a na nie zawodnicy pewnego klubu czekają z wielkim utęsknieniem.
Podopieczni Oresta Lenczyka chcą jak najszybciej zapomnieć o tej rundzie, która im, lekko mówiąc, zwyczajnie nie wyszła. Jesień roku 2013 może okazać się dla nich bardziej traumatyczna niż jakikolwiek okres w ich życiu. – Zostawiliśmy na boisku dużo zdrowia i musimy tak samo konsekwentnie grać w kolejnych meczach – powiedział przed spotkaniem z Cracovią Arkadiusz Piech. Niektórzy swoje zdrowie zostawili również poza murawą i stadionami. Michał Gliwa, Robert Jeż oraz Deniss Rakels zostali brutalnie potraktowani przez „kibiców” klubu z ulicy Marii Skłodowskiej-Curie. Wśród „Miedziowych” atmosfera nie może być najlepsza, lecz zacznijmy od początku.

Dwukrotny mistrz Polski po karnej degradacji i ponownym awansie do T-Mobile Ekstraklasy nie odzyskał swojej formy sprzed spadku i nie jest w stanie walczyć o europejskie puchary jak miało to miejsce w latach 2005-2008. Dość dobitnie pokazują to pozycje, które „Miedziowi” zajmowali na koniec sezonów: kolejno 10, 11, 9, 8. Lekiem na tę bolączkę miał się okazać Orest Lenczyk, który został zatrudniony we wrześniu tego roku. Pewność siebie, umiejętność stawiania piłkarzy „do pionu” – to te szkoleniowe cechy miały sprawić, że klub odzyska dawną jakość i znajdzie się w grupie mistrzowskiej. Okazuje się jednak, że ten cel był chyba zbyt wygórowany. Podopieczni byłego trenera Śląska Wrocław mieli znaleźć się w czubie tabeli, a przez dziesięć weekendów z TME nie są w stanie wydostać się ze strefy spadkowej i cały czas dryfują między trzynastą a piętnastą lokatą w tabeli! Idealnie pokazuje to poniższy wykres.
Nie trudno sobie wyobrazić jak wyglądałby wskaźnik frustracji kibiców Zagłębia Lubin, który ma coraz to większą wartość z każdym weekendem, z każdą kolejną porażką lub słabą grą ich ulubieńców. Sposobów na pokazanie swojego niezadowolenia może być wiele. Wielokrotnie pokazywali to kibice naszej reprezentacji na przestrzeni kolejnych lat. Akcja „Pusty Stadion”, brak dopingu, transparenty czy też gwizdy i inne odgłosy dezaprobaty do prezentowanej przez zespół gry – jak widać cywilizowanych metod jest wiele. „Fani” śląskiej ekipy postanowili powrócić jednak do korzeni i zastosować antyczne metody rozwiązywania konfliktów – kolokwialnie mówiąc, w łeb. Dość boleśnie przekonali się o tym Michał Gliwa i Robert Jeż. Pierwszemu jedynie zniszczono samochód, drugi został dotkliwie pobity. W mojej głowie rodzi się tylko jedno pytanie: gdzie jest granica tego wszystkiego? Odpowiedź jest niestety zatrważająca. Tej granicy nie ma, bo już dawno została przekroczona. Możemy oczywiście powiedzieć, że były to jedynie incydenty, które już więcej się nie zdarzą. Okazuje się, że jest to jedynie złudna nadzieja.













