Czy można mieć najlepszą defensywę w lidze, a mimo to dać sobie wpakować pięć goli w jednym meczu? Czy można, podczas 19 kolejek stracić u siebie tylko jedną bramkę, i aż 15 w meczach wyjazdowych? Otóż można.
Wisła w tym sezonie to zespół stabilny, poukładany, dobrze przygotowany fizycznie i mający swój styl. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni tak wielką dysproporcję formy „Białej Gwiazdy” – w spotkaniach domowych i wyjazdowych. Przyczyn może być kilka.
Po 1. Jasny sygnał Smudy – na wyjeździe co najmniej remis!

Przed sezonem sztab szkoleniowy, nie wiedząc do końca, na co stać obecny zespół, dał wyraźną komendę piłkarzom, że zadowalające będzie zwycięstwo w Krakowie i remis w meczach, w których Wisła będzie gościem. Punktując w ten sposób, spokojnie uda się zrealizować plan minimum nakreślony przez zarząd. Owym planem był awans do grupy mistrzowskiej (pierwszej ósemki). Z każdym kolejnym efektownym zwycięstwem, apetyt rósł w miarę jedzenia, a kibice zaczęli oczekiwać, by Wisła wygrywała wszystko. Niestety, w tej fazie budowania drużyny, jest jeszcze na to za wcześnie. Po wzmocnieniach w przerwie zimowej, kadra będzie nieco szersza, a więc i o równowagę będzie łatwiej.
Po 2. Bojaźliwość zespołów przyjeżdżających na Reymonta 22.
Większość klubów, która przyjeżdża do Krakowa, sama skazuje się na porażkę. Gdzieś przestraszona wysokim pressingiem wiślaków, daje się zamknąć na własnej połowie i wyczekuje momentu do kontrataków. Podopieczni Smudy grając dynamicznie, uruchamiając skrzydła, z łatwością są w stanie rozbić defensywę większości drużyn. Stabilna formacja obronna z duetem stoperów – Głowacki i Jovanović – zapobiega groźnym kontratakom gości.
Po 3. Budowanie barier w psychice.
Media, na okrągło przypominając dane statystyczne, stwarzają w głowach piłkarzy pewne granice. No, bo jeżeli np. napastnik czyta, że od 2345 minut nie strzelił bramki, no to nie wyjdzie przecież na murawę z wysoko podniesioną głową. Podobnie może być w tej sytuacji. Wiśle, jeszcze przed laty, przyklejono łatkę drużyny, potrafiącej grać dobre mecze jedynie na własnym stadionie. Utrwalając przez cały czas ten stereotyp, podświadomie zawodnicy zaczęli go wcielać w życie. Tak zwana samospełniająca się przepowiednia!
Po 4. Uskrzydlający doping, dodający pewności siebie, ale i presja własnych fanów.
Sam Paweł Brożek mówił, że jeżeli na stadion przychodzą 32 tysiące osób (frekwencja ze spotkania z Legią), to będzie starał się zagrać jak najlepiej, nawet z kontuzją. Dlaczego? Właśnie dlatego, by nie zawieść oczekiwań tych wszystkich ludzi, dla których życie zatrzymuje się na 90 minut, i nie liczy się nic poza spotkaniem swojej ukochanej drużyny. Duża liczba fanów na trybunach może uskrzydlać i mobilizować. Ale w czasie trudniejszym dla zespołu, wszystko wygląda inaczej. Po szyderstwach, jakie padły w zeszłym sezonie, z ust kibiców, zawodnicy chcieliby uniknąć podobnych zachowań w przyszłości.











