Przerwa zimowa w T-Mobile Ekstraklasie się dopiero zaczęła, ale my nie odpoczywamy. Będziemy na bieżąco pisać i komentować to, co dzieje się w polskiej kopanej. Dziś pierwszy tekst z cyklu zimowych Barw Ekstraklasy.
Wydawać by się mogło, że początek najdłuższej przerwy pomiędzy rundami świata powinien być spokojny. Nic bardziej mylnego. Poleciały już trenerskie głowy, kilku piłkarzy zdążyło już wyrazić chęć przeprowadzki, a media, jak to media, produkują transferowe plotki na potęgę.

Dłużej warto się jednak zatrzymać przy osobie Czesława Michniewicza, polskiego Mourinho. Po kilku latach pracy w polskim trenerskim piekiełku ten pseudonim coraz bardziej traci na wartości i wydaje się zupełnie oderwany od rzeczywistości.
Kiedy po dłuższej przerwie sympatyczny szkoleniowiec wrócił na ławkę trenerską po to, by uratować Widzew przed spadkiem, wielu myślało, że to nowy etap w jego życiu. Łódzki klub miał być odskocznią, z której Michniewicz odbije się wysoko i spadnie gdzieś w Warszawie przy Łazienkowskiej, w Krakowie przy Reymonta albo co najmniej przy Bułgarskiej w Poznaniu.
I wszystko wskazywało na to, że dokładnie tak będzie. Polski Mourinho radził sobie w Widzewie świetnie. Wyciągnął ten klub z dna tabeli i przez moment miał nawet iluzoryczne szanse na wywalczenie z nim awansu do europejskich pucharów! Środowisko piłkarskie znów zaczęło doceniać trenerski warsztat byłego szkoleniowca m.in. Lecha.
Później nastąpiło niespodziewane zwolnienie Michniewicza z Widzewa, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że łódzkiego klubu po prostu na tego trenera w dłuższej perspektywie nie stać. Michniewicz jednak długo nie był bezrobotny, bo właściwie z miejsca zatrudniono go w Białymstoku. Może to nie klub z tak zwanej wielkiej trójki polskiej ekstraklasy, ale to już klub, który miał wyższe aspiracje niż Widzew. Zdecydowanie wyższe.
Wydawałoby się, że cierpliwy jak nikt inny prezes Kulesza da polskiemu Mourinho czas na zbudowanie drużyny, która będzie siała postrach w TME. Jednak Jagiellonia grała w lidze zdecydowanie słabiej niż w poprzednim sezonie i już po jednej przepracowanej rundzie Michniewicz musiał z „Jagi” odejść.
Czy to dobrze? Nie wiem. Nie wie tego nikt. Nikt się tego nie dowie.
Fakt, Jagiellonia grała jesienią fatalnie, bez pomysłu, bez polotu, bez wiary. Obrońcy Michniewicza powiedzą, że przejął zespół, nie mając wpływu na jego przygotowanie przed sezonem. Okej, racja. Z drugiej jednak strony miał wystarczająco dużo czasu, żeby te klocki poukładać. Siedemnaście kolejek to dużo, nawet bardzo dużo, by nadal drużynie styl. Jakikolwiek.











