Śląsk Wrocław przechodzi wyraźny kryzys. Na płaszczyźnie ligowej nie spisuje się tak, jak powinien. Mało kto się spodziewał, że zespół Stanislava Levy’ego będzie tak się prezentował. Zrobił się spory bałagan, jednak brakuje kogoś, kto by go posprzątał.
Gdyby wcześniej ktoś powiedział kibicom Śląska Wrocław, że ich zespół po dwunastu kolejkach będzie zajmował dopiero dziesiątą lokatę i mizernie spisywał się na wyjazdach, to nikt z pewnością by w to nie uwierzył. Podopieczni Stanislava Levy’ego nie prezentują porywającego futbolu i czasami w dość głupi sposób oddają punkty rywalom. Taka sytuacja nie jest komfortowa dla drużyny, która w ubiegłym sezonie zajęła trzecie miejsce, a dwa lata temu zdobyła mistrzostwo Polski. Piłkarze są z pewnością niepocieszeni, że zaistniała taka sytuacja. Jednak sami mogą mieć do siebie pretensje, bo momentami ich gra wołała o pomstę do nieba. Brakowało porozumienia, dokładności, a przede wszystkich koncentracji. Kto śledzi regularnie mecze wrocławian, ten wie, że obrona jest tak dziurawa jak szwajcarski ser, nawet graczom z niższej klasy rozgrywkowej nie stanowiłoby problemu, aby się przez nią przedrzeć i sprawić zagrożenie. Wszystko nie trzyma się kupy, a wiele rzeczy zawodzi w każdym detalu. Miało być San Francisco, a jest ściernisko, wyniki doskonale obrazują całą sytuację. Kibicie wrocławian żyją nadzieją, że wszystko się zmieni, bo obecna sytuacja nie jest dla nich korzystna. Trzeba sobie śmiało powiedzieć, że z taką grą to Śląsk nie byłby w stanie ograć grajków z Macedonii czy Albanii.

Ostatnie spotkanie z Górnikiem Zabrze jest dowodem na to, że niemożliwe może stać się możliwe. Piłkarze wrocławskiego zespołu dość długo prowadzili na stadionie w Zabrzu. Jednak w doliczonym czasie gry urządzili sobie drzemkę, co wykorzystali podopieczni Adama Nawałki, zdobywając dwa gole i przechylając szale zwycięstwa na swoją stronę. Całe piłkarskie społeczeństwo śmiało się, jak w tak dziecinny sposób można oddać punkty. Rewanżem na całe zdarzenie miał być mecz w Pucharze Polski z Jagiellonią Białystok. Poprzez te rozgrywki mogli oni awansować do europejskich pucharów, bo na sukcesy w lidze, szczerze mówiąc, nie mają co liczyć. Znowu zostali nieźle spoliczkowani przez los. Ta Jagiellonia, która dostałą tęgie lanie od przeciętnej Korony, pokazała, że ostatni mecz był wypadkiem przy pracy. Kolejny raz Śląsk udowodnił, że ma braki w defensywie i koncentracji. Sam Rafał Grodzicki po meczu przyznał, że jego zespół popełnił błąd w kryciu, co wykorzystał Paweł Drażba. Ten anonimowy dla wielu zawodnik dał o sobie znać. Ma zaledwie dziewiętnaście lat i zdobył swojego pierwszego gola w drużynie Jagiellonii. W dodatku wpakował on piłkę do siatki w doliczonym czasie gry, dzięki czemu ustalił wynik poniedziałkowych zawodów. Wcześniej Prejuce Nakoulma upokorzył wrocławian, teraz zrobił to zawodnik, który dopiero zasmakował profesjonalnej piłki. Z meczu na mecz można odnieść wrażenie, że każdy może strzelić bramkę. Niedługo na stadionie we Wrocławiu będzie można wywiesić transparent „I Ty możesz zdobyć gola przeciwko Śląskowi”. Jeżeli tego potrafi dokonać piłkarz, który stawia swoje pierwsze kroki w poważnym futbolu, to wielu nie będzie miało z tym problemów.











