Podopieczni Louisa Van Gaala od początku rozgrywek nie zachwycają. Nie inaczej było na inaugurację 10. kolejki Bundesligi na Allianz Arena. Gospodarze, mimo że wygrali gładko 4:2 (1:0), to zadowolonych min mieć nie powinni. Gra monachijczyków wciąż pozostawia wszakże wiele do życzenia, a tylko końcowe fragmenty spotkania napawały optymizmem.
Deja vu – takie uczucie pojawia się z pewnością w obozie ekipy z Bawarii. Bayern bowiem katastrofalnie rozpoczął sezon na krajowym podwórku i obecnie pełni rolę typowego średniaka ligowego. Ów status miało zmienić spotkanie na własnym boisku z SC Freiburg, w którym gospodarze mieli wreszcie odbić się w górę i rozpocząć marsz na szczyt.
Szkoleniowiec „Bawarczyków”, Louis Van Gaal, przed meczem przestrzegał jednak swoich podopiecznych przed nadmiernym huraoptymizmem. I premierowy kwadrans jakby potwierdzał tezę holenderskiego opiekuna. Gra toczona była spokojnie, lecz lekka optyczna przewaga była po stronie Bayernu. – Może się wydawać, że przeciwnik nie jest wymagający, ale podobny wydawał nam się zespół z Kolonii. Nie możemy powtórzyć tego samego błędu i zagrać wreszcie na miarę oczekiwań – mówił przed spotkaniem pomocnik monachijczyków, Bastian Schweinsteiger.
Kolejnym dowodem opieszałości gospodarzy był fakt stworzenia sobie dogodnej okazji dopiero w 21. minucie. Przed szansą stanął wówczas Mario Gomez, ale drogi do siatki nie potrafił znaleźć. Po niespełna pół godzinie gry na Allianz Arena dało się słyszeć głosy niezadowolenia z postawy i zaangażowania 11. drużyny Bundesligi. W miarę upływu czasu spotkanie ożywiło się za sprawą piłkarzy… SC Freiburg. To goście w pewnym momencie narzucili swój styl gry i zepchnęli Bayern do defensywy. Czujnością musiał się również wykazywać golkiper miejscowych, zagrożenie bowiem nie malało.
W 40. minucie przełamanie jednak nastąpiło. Jak nie idzie, to gola strzela się… ze stałego fragmentu gry. Po centrze z rzutu rożnego w polu karnym najwyżej wyskoczył Martin Demichelis i niechciany Argentyńczyk trafił między słupki. Bayern nomen omen może dziękować losowi. Strzelec pierwszej bramki zastąpił wszakże w wyjściowej jedenastce kontuzjowanego Holgera Badstubera.
Nudnie i bez koncepcji grający Bayern w pierwszej połowie szansę na podwyższenie wyniku miał w 57. minucie. Bliski pokonania bramkarza Freiburga był Mario Gomez, lecz nieznacznie się pomylił. Oprócz kilku pojedynczych sytuacji, zarówno jedni, jak i drudzy prezentowali futbol, który z pewnością nie można by nazwać spotkaniem na poziomie Bundesligi. O ile po gościach należało się tego spodziewać, o tyle „Bawarczycy” są cieniem zespołu z wiosny. Słabość Bayernu w grze na boisku pokazywały kolejne sytuacje, lecz mimo bardzo przeciętnego występu w 61. minucie gospodarze podwyższyli prowadzenie. Znowu jednak gol padł po stałym fragmencie, bramkę głową po kornerze zdobył bowiem Mario Gomez. Chyba jedyny piłkarz na murawie, który zasłużył na wyróżnienie.
Niedługo jednak trwała radość monachijczyków. Już w 64. minucie Stefan Reisinger po idealnym podaniu partnera z zespołu, strzałem głową z jedenastego metra dał nadzieję gościom. Ci szukali swoich okazji do końcowych minut, by ze stolicy Bawarii wyjechać z sensacyjnym jednym punktem. Ofensywne próby piłkarzy Dutta odbiły się na nich czkawką. W 73. minucie w pole karne rywala zapędził się Ukrainiec Anatolij Tymoszczuk. Defensor Bayernu otrzymał futbolówkę na 16 metrze i płaskim uderzeniem pokonał Baumanna.








