W spotkaniu otwierającym zmagania zarówno rundy wiosennej, jak i 18. kolejki niemieckiej Bundesligi Bayern Monachium pewnie pokonał TSG Hoffenheim 2:0. „Bawarczycy” stworzyli sobie mnóstwo okazji do zdobycia bramek, lecz trafienia Martina Demichelisa i Miroslava Klose wystarczyły, by zainkasować komplet punktów.
Na niemieckie boiska powraca długo oczekiwana Bundesliga. Powraca i to w wielkim stylu, bowiem spotkaniem hitowym, Bayern Monachium – TSG Hoffenheim. Podopieczni Louisa Van Gaala po niezwykle udanej końcówce rundy jesiennej liczyli na kontynuację tej passy. „Wieśniacy” zaś, którzy przyzwoicie spisują się w lidze, teraz marzyli o urwaniu rywalom choćby punktu. Dodatkowo goście musieli radzić sobie bez dwóch podstawowych piłkarzy: Carlosa Eduardo oraz Chinedu Obasi. Nie jest zatem dziwne, że zdecydowanymi faworytami byli „Bawarczycy”.
Pierwsze minuty przyniosły nieco inny obraz boiskowych wydarzeń. To goście nadspodziewanie łatwo przedzierali się pod pole karne monachijczyków i nie pozwalali gospodarzom na konstruowanie ataków pozycyjnych. Przez pierwszy kwadrans rywalizacja na Allianz Arena przypominała batalię dwóch wyrównanych zespołów. Nici z zapowiedzi, iż to „Bawarczycy” od pierwszego gwizdka zdominują przyjezdnych – ci potrafili się odgrywać miejscowym. W miarę upływu czasu można zaryzykować stwierdzenie, że wszystko wracało do normy. Coraz częściej gościliśmy w „szesnastce” Hoffenheim, gdzie Bayern co rusz wykonywał stałe fragmenty gry. Wciąż jednak brakowało klarownych sytuacji, o których można byłoby się długo rozpisywać. Dopiero w 28. minucie po wymanewrowaniu dwóch defensorów na soczysty strzał sprzed pola karnego zdecydował się napastnik TSG, Vedad Ibisević. Strzał Bośniaka z trudem odbił do boku Hans-Jorg Butt, a dobitki się nie doczekaliśmy.
Warto było czekać ponad pół godziny, bowiem w 35. minucie do siatki rywala trafił Martin Demichelis. Dośrodkowana w pole karne futbolówka została przedłużona przez jednego z graczy w czerwonym stroju i znalazła się tuż pod nogami Argentyńczyka. Ten, nie wahając się ani chwili, wślizgiem uderzył z powietrza i wyprowadził „Bawarczyków” na upragnione prowadzenie. Do przerwy rezultat nie uległ już zmianie, a w zdecydowanie lepszych nastrojach do szatni schodzili piłkarze Van Gaala.
Obraz gry po wznowieniu nie uległ zmianie. Bayern wciąż posiadał inicjatywę i wydawało się, że kontroluje losy meczu. W 57. minucie w sytuacji sam na sam z Timo Hildebrandem znalazł się Mario Gomez i miał szanse, by podwyższyć wynik. Złe przycięcie piłki przez reprezentanta Niemiec ułatwiło jednak golkiperowi gości skuteczną interwencje. Nie minęło 60 sekund, a były gracz VfB Stuttgart ponownie stanął przed wyborną okazją do wpisania się na listę strzelców. Idealnie w kierunku dłuższego słupka dośrodkowywał partner z zespołu, a zamykający akcję Gomez strzałem głową trafił… prosto w bramkarza. Kontrowersyjną decyzję w 81. minucie podjął arbiter zawodów. Faulowany był wprawdzie Mark Van Bommel, lecz futbolówkę przejął Arjen Robben i wybiegł sam na sam z Hildebrandem. Pan Thorsten Kinhöfer przerwał jednak akcję Holendra i nakazał wznowienie od rzutu wolnego.








