Od lat starcia Bayernu z Bayerem są nie lada gratką dla kibiców piłki nożnej. Oba zespoły są kojarzone z absolutnie najlepszym, co niemiecka piłka ma do zaoferowania. Jak się okazało, dzisiejsze spotkanie przyniosło wiele emocji.
Na papierze mecz zapowiadał się na wielkie widowisko. Każdy fan futbolu, nie tylko niemieckiego, od początku sezonu jest świadkiem koncertowej gry Bayernu Monachium. Drużyna ta przez ostatnie lata mimo bardzo dobrej gry i wielu wzmocnień nie zdobywała trofeów, na które miała chrapkę. Przeciwnikiem był Bayer Leverkusen, inny wielki niemiecki klub, który w tym sezonie radzi sobie gorzej, niż powinien, i po ośmiu kolejkach ma tylko 12 punktów, dwa razy mniej od niepokonanych zawodników rodem z Bawarii.

Pierwsze 30 minut pojedynku to zdecydowane ataki i wręcz dominacja drużyny z Monachium. Podopieczni Juppa Heynckesa kontrolowali przebieg gry i wydawało się, że potwierdzą swoją doskonałą formę szybko zdobytą bramką. Tak się jednak nie stało, pomimo licznych prób między innymi ze strony Bastiana Schweinsteigera, który grał bardzo dobrze.
W 7. minucie żółty kartonik ujrzał szybki jak strzała obrońca Leverkusen, Carvajal. Nieco zbyt topornie próbował powstrzymać piłkarza Bayernu, który przedzierał się na wolne pole. Kolejne minuty mijały, Bayer nie miał nic do powiedzenia, a piłkarze Bayernu poczynali sobie coraz śmielej. W 11. minucie z główki strzelał najlepszy według iGola piłkarz ostatniej kolejki, Thomas Mueller, ale jego próba zakończyła się niepowodzeniem.
Piłkarze Leverkusen wydawali się momentami zagubieni i ograniczali się jedynie do wykopywania piłki do przodu i niecelnych podań. Wydawało się, że zdobycie bramki przez świetnie dysponowanych piłkarzy z Monachium jest kwestią czasu. Na pierwszą akcję pod bramką Manuela Neuera trzeba było poczekać do 42. minuty, ale za to od razu padł gol. Zupełnie zdezorientowani zawodnicy Bayernu patrzyli, jak Schuerrle podaje do Kiesslinga, a ten drugi wpycha piłkę do bramki.
Do przerwy utrzymywał się niezasłużony wynik 0:1 dla Bayeru Leverkusen. Szkoleniowiec monachijczyków w drugiej połowie postanowił zaatakować jeszcze bardziej, żeby odrobić straty i pokonać Bayer, który wcale nie był tego dnia u szczytu swoich możliwości. Na boisko wszedł Shaqiri, który zastąpił Badstubera. Początek drugiej odsłony wyglądał tak jak cała pierwsza połowa – fani zobaczyli zmasowane ataki Bayernu i desperacką obronę Częstochowy w wykonaniu piłkarzy z Leverkusen.
Gospodarze z Allianz Arena byli wyraźnie wybici ze swojego rytmu, mieli przewagę, wszystko było tak, jak być powinno, ale brakowało szczęścia i przede wszystkim bramek. Irytację wzmagały niekoniecznie wymuszone przerwy w meczu, spowodowane, nie bójmy się powiedzieć, symulacją po stronie Bayeru, którego piłkarze bardzo długi nie podnosili się z murawy, gdy tylko mieli okazję, żeby na nią upaść. W 57. minucie żółty kartonik ujrzał Mario Mandzukić.









