W starciu Liverpoolu z Sunderlandem nie obyło się bez kontrowersji. Wiele spekulacji wywołała pierwsza bramka dla zawodników z miasta Beatelsów. Sędzia uznał bramkę Dirka Kuyta po rzucie wolnym, który wg podopiecznych Steva Bruce’a nie został (sic!) wykonany. Okazało się jednak, że sędzia spotkania nie popełnił błędu.
Po około pięciu minutach gry został sfaulowany jeden z zawodników Sunderlandu. Do rzutu wolnego wykonywanego na własnej połowie boiska podszedł Michael Turner, który delikatnie kopnął piłkę w kierunku własnej bramki. Futbolówkę dopadł Fernando Torres, który później dograł ją do Dirka Kuyta. Obaj panowie mieli przed sobą tylko bramkarza. Decyzja arbitra głównego, Stuarta Attwella, o przyznaniu bramki wywołała tyle samo radości, co i wzburzenia. Podopieczni Steva Bruce’a upierali się przy stwierdzeniu, że ich zawodnik chciał oddać piłkę bramkarzowi, by ten mógł wznowić grę.

Za sędzią murem stoi jednak związek ligowych sędziów. W oficjalnym komunikacie poinformowano, iż w ich przekonaniu decyzje podjęte przez arbitrów spotkania były słuszne. Jako argument podano to, że w większości przypadków rozjemcy bezpośrednio nakazują wykonanie stałego fragmentu gry. Jednak taki gest, czy też polecenie, nie musi być bardzo widoczny, może być zaś symboliczny. Nie ma warunku, na mocy którego sędzia do wskazania na stały fragment gry musi użyć gwizdka.
Stwierdzono zatem, że Attwell miał rację, uznając bramkę Kuyta. Piłka znajduje się w grze po jej kopnięciu, tak jak było w tym przypadku. Sporo mówiło się też także, że rzut wolny nie był wykonywany z miejsca faulu. Jak dobrze to jednak wykazały powtórki telewizyjne, i w tym przypadku sędzia się nie mylił. Michael Turner był zszokowany decyzją, lecz wyznał, że w przyszłości będzie się starał nie popełniać podobnych błędów i nie dopuści do ponownego zamieszania.











