W pierwszym meczu 14. kolejki Primera Division Atletico Madryt mierzyło się w Walencji z miejscowym Levante. Nieoczekiwanie, mecz na swoją korzyść rozstrzygnęli dużo niżej notowani gospodarze.
Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów spotkania, pierwszy poważny atak Levante zakończył się bramką. Po rzucie rożnym przypadkowo do Xaviego piłkę zagrał Juanlu, zaś pomocnik gospodarzy wstrzelił piłkę tuż pod bramkę gości, gdzie z najbliższej odległości wpakował ją do szatki Nano. 1:0! Atletico, co zrozumiałe, było oszołomione szybko straconą bramką, jednak o dziwo nie rzuciło się do huraganowych ataków, zdając sobie sprawę, że do końca meczu pozostało jeszcze mnóstwo czasu i zapewne jeszcze nieraz będzie sposobność, by pokonać Reinę. Takową w 10. minucie mógł mieć Jose Reyes, dobrze uruchomiony z prawej strony przez podanie Garcii. Były gracz m.in. Realu i Arsenalu minął dwóch rywali i próbował minąć trzeciego, jednak wtedy pojawił się kolejny i wtedy nie mógł już nic zrobić. Cztery minuty później mogło odgryźć się Levante, piłka po szybkiej wymianie podań w środku pola trafiła do Caicedo, który wpadł w pole karne i mocno uderzył na bramkę, jednak jego strzał pewnie wyłapał de Gea.

Kilkanaście sekund później nadarzyła mu się kolejna, tym razem dużo bardziej klarowna okazja, strzał z dystansu trafił pod nogi znajdującego się w środku pola karnego napastnika, który ładnie zwiódł Ujfalusiego i uderzył na bramkę Atletico. Jednak David de Gea popisał się świetną interwencją, wybijając piłkę na rzut rożny. W kolejnych minutach Levante w dalszym ciągu utrzymywało się przy piłce, jednak stopniowo do głosu zaczęło dochodzić Atletico. Dłuższe wymiany piłek w środkowej strefie nie przyniosły jednak drużynie Quique Sancheza żadnego efektu w postaci niebezpiecznej akcji. Takowe umiało w tym meczu tworzyć Levante, w okolicach 25. minuty gry gospodarze dwukrotnie zagrozili bramce de Gei, najpierw ładnie prawym skrzydłem przedarł się Nadal, po czym płasko dośrodkował w pole karne, gdzie piłkę wyłapał już golkiper gości. Kilkanaście sekund później strzałem z dystansu próbował młodego bramkarza gości zaskoczyć Juanlu. W odpowiedzi, długą piłkę pod pole karne gospodarzy zagrał Perea, Aguero świetnie urwał się obrońcom, jednak został w okolicach 25. metra uprzedzony przez odważnie interweniującego Manuela Reinę.
W 32. minucie niepewnie grającego (i nierozważnie faulującego) w środku pola Assuncao zmienił Ruben Perez. Atletico grało dość przewidywalnie, brakowało nagłego zrywu, elementu zaskoczenia czy indywidualnej akcji jednej z gwiazd „Los Colchoneros”. To Levante prezentowało większą kulturę piłkarską, futbolówka przemieszczała się między zawodnikami Luisa płynnie i szybko. Goście grali natomiast niechlujnie oraz we wręcz prostacki sposób, charakterystyczny raczej dla drużyn z drugiej połowy tabeli Premiership, czyli „kick and run”. W 42. minucie jedno z takich podań (autorem Ballasteros), chociaż już mierzone i zagrywane z pełną premedytacją, mogło przynieść gospodarzom drugą bramkę. Wybiegającego na czystą pozycję Rubena przytomnym wyjściem powstrzymał jednak de Gea. W ostatniej minucie pierwszej części spotkania bramka Reiny była dwukrotnie ostrzelana, najpierw w zamieszaniu po rzucie wolnym uderzał Garcia, później poprawiał Simao, ale piłka została wybita przez golkipera Levante na rzut rożny. Po tym stałym fragmencie futbolówka trafiła do Ujfalusiego, który z dystansu posłał piłkę tuż obok słupka.
Druga połowa rozpoczęła się identycznie jak pierwsza. Levante długo utrzymywało się przy piłce, próbując przedostać się z nią jak najbliżej pola karnego, co w 49. minucie mogło i powinno przynieść drugiego gola. Javi Venta płasko podał do Caicedo, ten zwiódł Pereę i uderzył z ostrego kąta na bramkę de Gei, jednak ten świetnie skrócił kąt. Atletico w dalszym ciągu wydawało się bezradne i zwyczajnie gorsze od dobrze usposobionych tego dnia gospodarzy. Koleją okazję na podwyższenie wyniku Levante miało w 54. minucie za sprawą Juanlu, który otrzymał dobre podanie na skrzydło od Xabiego Torresa, po czym minął Ujfalusiego i huknął na długi słupek, jednak piłka przeleciała około metr nad spojeniem. Atletico odpowiedziało zupełnie niegroźnym strzałem Aguero z linii pola karnego. W 58. minucie katastrofalny w skutkach błąd popełnił Lopez, który podał piłkę (z rzutu wolnego!) wprost pod nogi Juanlu. Ten uruchomił Caicedo, który po zrobieniu kilku kroków z piłką, spokojnie podciął ją, posyłając w okienko bramki de Gei. 2:0 na Ciudad de Valencia!
Po zdobyciu drugiej bramki Levante poczuło się na tyle pewnie, że było w stanie wymienić kilkanaście podań na połowie Atletico, zaś gracze z Madrytu bezradnie patrzyli na to, co robią rywale. Oznaką bezsilności był również fatalny kiks Simao, który w 65. minucie nie był w stanie przyjąć delikatnie zagranej piłki. Z kolei dowodem na to, że zawodnicy Levante czują się na placu gry niezwykle pewnie, było przyjęcie na klatkę piersiową Reiny strzału z kilkudziesięciu metrów, co wywołało aplauz na widowni. Po strzeleniu drugiej bramki gospodarze nieco oddali inicjatywę „Rojiblancos”, dzięki czemu ci częściej gościli na ich połowie, a nawet w polu karnym. W 69. minucie niezłą akcją popisał się Aguero, który ładnie zgubił lewego obrońcę gospodarzy, po czym dośrodkował do Mario Suareza, jednak ten przestrzelił. Chwilę później, uderzał sam „Kun”, jednak ponownie bardzo słabo. Chwilę później następną szarżę Argentyńczyka po raz kolejny odważnym wyjściem zatrzymał Reina.
W ostatnim kwadransie Atletico już zdecydowanie spychało gospodarzy do obrony, jednak Levante nie pozwalało przyjezdnym przedrzeć się dalej niż na dwudziesty metr, w dodatku raz po raz próbując swoich szans w szybkich kontratakach. W 83. minucie jeden z nich mógł skończyć się zdobyciem gola na 3:0, jednak wprowadzony chwilę wcześniej Rafa Jorda, wskutek bólu naciągniętego w poprzedniej akcji mięśnia nie mógł mocno uderzyć piłki na bramkę de Gei. Zaraz po tym zdarzeniu został zmieniony. Atletico w dalszym ciągu próbowało stworzyć sobie dogodną sytuację choćby do zdobycia bramki honorowej, jednak tego dnia gracze Quique Sancheza (jego smętne oblicze często pokazywał realizator) byli wyjątkowo niemrawi. Niedyspozycja ta, już w doliczonym czasie gry, mogła po raz trzeci doprowadzić do utraty bramki, jednak swój zespół przed kompromitacją uratował de Gea (na piętnastym metrze zatrzymał Xaviego Torresa). Ostatecznie mecz zakończył się niespodziewanym zwycięstwem gospodarzy 2:0.