– Jesteśmy tutaj też i po to, aby kupować piłkarzy, jeśli znajdziemy tych właściwych. Ale nie pracujemy tylko nad tym. To nie moje pieniądze, to finanse klubu, ale jesteśmy gotowi wydać je, jeśli znajdziemy odpowiednich zawodników. Jesteśmy drużyną, która jest skupiona na grze i wierzę również, że możemy wygrać mecz z tymi piłkarzami, którzy znajdują się na boisku. To jest najistotniejsza rzecz, na której się koncentrujemy – tak odpowiedziała nasza stara, dobrze znana postać z Premier League na pytanie o ruchy transferowe po wczorajszym blamażu na Emirates Stadium w inauguracyjnym spotkaniu przeciwko Aston Villi.
I nie zmienia się nic. Te same obietnice, te same rezultaty i ten sam zawód oraz zażenowanie sympatyków Arsenalu. Ale gdybym był postawiony w roli człowieka wspierającego londyńską ekipę z północy miasta, to w tej sytuacji powiedziałbym jasno – zero współczucia. Miał tyle tygodni, miesięcy, a wcześniej nawet i lat, żeby przygotować swój zespół do walki o najwyższe cele. Media raz za razem zaczynają zmieniać wizerunek Francuza, który nadal nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości Premier League szybkim tempem podążającej do przodu. Nadal „In Wenger You Trust”? To transparentne hasło można powoli odwiesić ze swojej wybujałej wyobraźni, gdyż moi drodzy, jesteśmy świadkami szokującego i złego zarządzania ekipą, wydawałoby się, ze strony doświadczonego człowieka w tej branży. Jeżeli 63-latek nie potrafi dostrzec tego, że „The Gunners” mają braki kadrowe i są pozbawieni wielkich umiejętności, to w takim razie coś jest z nim nie tak. Jeżeli nadal chce być skąpy i z tego czerpać swoje korzyści dla klubu, to fani powinni wielkimi i grubymi literami wypisać na banerach hasła typu „WENGER OUT”.

Nie wiem, czy mieliście okazję usłyszeć, ale po trzecim golu dla „The Villans” kibice przebywający na stadionie podczas meczu skandowali w kierunku zarządu i trenera następującą przyśpiewkę: „Spend some fucking money!”. Zawsze to jakaś dobra akcja charytatywna ze strony zwykłych ludzi przychodzących średnio co tydzień na stadion, którzy chcieliby w końcu przywrócić te pamiętne czasy, gdy na Highbury kroczyła drużyna najwyższej jakości. OK, można się pocieszać tym, że Anthony Taylor prowadził to spotkanie, jakby po raz pierwszy miał styczność z taką pracą, podejmował pochopne decyzje, nie wspomnę o sytuacji związanej z Laurentem Koscielnym. Jednak wcześniej, i to na dodatek w pierwszej części gry, postąpił z politowaniem, kiedy Wojciech Szczęsny zarzucił swoje ręce w nogi Gabriela Agbonlahora. Czy Polak mógłby zostać odesłany do szatni przez arbitra? Bez najmniejszego problemu niejeden by tak uczynił.
Może zatem zamiast skupić się na tym, jakie błędy popełniał arbiter w spotkaniu, które jeszcze niczego im nie odebrało, lepiej zwrócić uwagę na wieczną bezczynność klubu na rynku transferowym. Możecie tworzyć sobie różne wersje, że robota sędziego to jedna wielka lipa, zmienił bieg meczu, który mógł być wygrany. Bla, bla bla… To prawda, ja się z tym zgadzam. Jednak trzeba spostrzec, że Arsenal nie posiada w składzie pewnych umiejętności. Założę się, że gdyby doszło do powiększenia kadry o dwóch, może nawet jednego zawodnika kluczowego odpowiadającego za sterowanie grą, to nie byłoby żadnego gadania i wszyscy kibice zezłoszczeni na Wengera nie podejmowaliby nawet tego tematu. Byłby święty spokój i czekanie na dalszy rozwój sytuacji.











