Arsene Wenger nie będzie miał prawa po meczu z Manchesterem United znów narzekać na prezentowany przez rywali antyfutbol. Gościom także nie pomogli sędziowie, a to po prostu słabości „Kanonierów” zadecydowały o wysokim zwycięstwie „Czerwonych Diabłów”.
Wiele osób obserwujących Premier League wcale nie spodziewało się wielkiego widowiska i gradu bramek po dzisiejszym hicie w Londynie. Na szczęście takie przewidywania wzięły w łeb już na samym początku spotkania, ponieważ szybkich akcji z obu stron nie brakowało, a i na gole nie trzeba było długo czekać. Warto jednak podkreślić, że przewagę w polu miał Manchester, którego zawodnicy co chwila pokazywali słabości w defensywie Arsenalu. Bezbarwny był Denilson, a Clichy co rusz nieskutecznie starał się powstrzymywać Naniego. I to właśnie błysk geniuszu portugalskiego skrzydłowego dał zasłużone prowadzenie United – fenomenalnym zwodem najpierw uwolnił się spod opieki dwóch obrońców, minął do linii końcowej Vermaelena, a jego dośrodkowanie niefortunną interwencją do własnej bramki wrzucił Almunia.
Zaledwie czterech minut Manchester potrzebował na podwyższenie swojego prowadzenia. Pierwsza bramka była wynikiem indywidualnego geniuszu, natomiast drugie trafienie pokazało siłę zespołu sir Aleksa Fergusona w grze z kontry. Zaledwie trzy podania wystarczyły, by United przemieścili grę spod własnej bramki do pola karnego Arsenalu i fenomenalne podanie Naniego na bramkę zamienił Wayne Rooney. Warto podkreślić, że to już dwudzieste trafienie Anglika w lidze, a w zeszłym sezonie Nicolasowi Anelce do zdobycia tytułu króla strzelców wystarczył dorobek o jedną bramkę mniejszy od obecnego Rooneya…
Zapewne kibice Arsenalu wierzyli, że cudów w szatni dokona Arsene Wenger, podniesie po tych ciosach swój zespół i szybka bramka kontaktowa da nadzieję „Kanonierom” na jakąkolwiek zdobycz punktową. Nic bardziej mylnego – kolejna fenomenalna kontra, rozegranie piłki na własnej połowie i jedno prostopadłe podanie Carricka pozwoliło Parkowi samotnie popędzić na bramkę Almunii i zdobyć trzeciego gola. To dobiło Arsenal, a jedynym walczącym zawodnikiem był niezmordowany Arszawin. Niestety, nawet Rosjanin nie był w stanie nadrobić swoim wysiłkiem błędów kolegów i wyższość United w kulturze gry była znacznie większa.
Na kwadrans przed końcem trybuny z miejscowymi kibicami zaczęły pustoszeć, a ten potok wychodzących ludzi tylko na kilka minut powstrzymało honorowe trafienie Vermaelena. Po szybko rozegranym rzucie wolnym i dośrodkowaniu Belg doszedł do piłki na szesnastym metrze i zasłonięty oraz zmylony rykoszetem van der Sar nie mógł nic poradzić na jego uderzenie. Chwilę później co prawda Evra musiał z linii wybić zmierzającą do siatki futbolówkę, ale i tak najlepszą szansę na ustalenie wyniku miał w końcówce Wayne Rooney. Kolejna kontra United zakończyła się jednak niecelnym strzałem Anglika, który jest w imponującej formie.










