Nie było niespodzianki na Molineux. Arsenal bez najmniejszych problemów pokonał Wolverhampton Wanderers 3:0. Do siatki Hennesseya trafiali kolejno van Persie, Walcott i Benayoun. Arsenal pewnie zmierza ku trzeciemu miejscu, a „Wolves” z jeszcze większa prędkością ku Championship.
Emocje na Molineux skończyły się, zanim na dobre się zaczęły. W 8. minucie po rozegraniu piłki z van Persie’em sam na sam wyszedł Walcott. Nie oddał nawet strzału, bo po prostu nie zdążył. Sfaulował go bowiem Bassong, a że cała rzecz działa się w polu karnym, to obrońca z boiska wyleciał, a goście dostali rzut karny. Van Persie z wapna strzelił w środek a la Panenka, Hennessey rzucił się w lewo i londyńczycy prowadzili.
„Wilki” nie zdążyły się jeszcze otrząsnąć po stracie pierwszego gola, a Hennessey już po raz drugi wyciągał piłkę z siatki. Znowu duet van Persie – Walcott rozegrał dwójkową akcję. Tym razem Anglika nikt nie faulował, co tylko oznaczało, że nikt nie zdołał go powstrzymać przed zdobyciem bramki. Od 11. minuty przyjezdni grali z przewagą dwóch goli i jednego zawodnika, równie dobrze już wtedy Neil Swarbick mógł zakończyć ten mecz.
Do przerwy już nie działo się nic. Piłkarzom Arsenalu atakować się nie chciało, zawodnicy „Wolves” atakować nie bardzo potrafią, tym bardziej jeśli grają w osłabieniu. Gospodarzom nie pomagali też kibice, którzy ironicznie krzyczeli coś na kształt „Ole” i bili brawo, gdy podopieczni Terry’ego Connora wymienili kilka podań albo wywalczyli rzut rożny. Z kronikarskiego obowiązku można dodać, że w 40. minucie Doyle dostał kartkę za faul na Artecie.
Druga część gry rozpoczęła się trochę lepiej. Widocznie van Persie stwierdził, że mecz z czerwoną latarnią ligi jest dobrą okazją do podgonienia rekordu Premier League Alana Shearera. Holender miał pomiędzy 55. a 57. minutą dwie dobre okazje, jednak za pierwszym razem przestrzelił, a za drugim, gdy poprawił już celność, to uderzył zbyt lekko. Po godzinie gry w końcu swoje umiejętności pokazać mógł Szczęsny. Polak udowodnił, że nawet kiedy tak długo się nudzi, to może popisać się fenomenalną interwencją. Tak trzeba bowiem nazwać jego paradę po główce Doyle’a – niewielu jest bramkarzy, którzy w takim tempie by zareagowali i idąc w lewo, zdołali zatrzymać się na linii i rzucić w prawo.
69. minuta przyniosła w końcu gola Arsenalowi. Van Persie odebrał piłkę na połowie rywala i podał do Aleksa Songa. Ten zaczarował w polu karnym, ale kiedy zdał sobie sprawę, że Cristiano Ronaldo to on nie jest, odegrał do Benayouna, który popisał się mocnym strzałem po ziemi tuż zza linii pola karnego. Hennessey się nawet nie ruszył. „Kanonierzy” chwilę później chcieli pójść za ciosem, ale żadnemu z podopiecznych Wengera nie zdołał wbić piłki do siatki w zamieszaniu, które wytworzyło się w polu karnym rywali. W 83. minucie w „szesnastce” przedarł się van Persie i wystawił piłkę Ramseyowi, ale Hennessey obronił jego strzał i zapewne uratował życie jakiejś znanej osobie. Chwilę później Walijczyk szarżował w polu karnym i piłkę odebrał mu Milijas. Wślizgiem i chyba nie do końca zgodnie z przepisami. Pan Swarbick postanowił jednak nie dobijać leżącego i karnego nie podyktował.










