Na Goodison Park miejscowy Everton podjął Arsenal. Podopieczni Wengera poczynili ważne kroki, by zabezpieczyć pozycję w czołówce i nie stracić punktów. Za sprawą Sagny oraz Fabregasa wygrali 2:1. Kluczową postacią spotkania okazał się też Łukasz Fabiański, który tego popołudnia był dobrze dysponowany.
Na wspomnianym stadionie w zeszłym sezonie podopieczni Arsene Wengera wygrali aż 6:1. Stało się to w dodatku podczas pierwszej kolejki ligi. Tym razem obie drużyny wiedziały, na czym stoją. Mimo że Everton zdołał u siebie pokonać między innymi Liverpool, jako faworyta tak czy siak wymieniało się Arsenal. Przez pierwsze minuty przeważali gospodarze. Już w czwartej egzekwowali oni rzut rożny. Pierwszy strzał oddał Louis Saha. Piłka uderzona głową minęła jednak słupek. Zaraz później o uderzenie na bramkę pokusił się z rzutu wolnego Arteta.

Arsenal zaczął kreować sytuacje po około dziesięciu minutach. Z początku dość dobrze radziła sobie jednak defensywa gospodarzy, która starała się blokować strzały przeciwnika. Powstrzymany został Nasri, później Wilshere. Ciekawie zrobiło się podczas trzeciego kwadransa. W 34. minucie przestrzelił Alex Song, a około dwóch minut później uderzenie Nasriego obronił Howard. Amerykanina zdołał pokonać dopiero Sagna, który po dobrym podaniu od Arszawina strzelił w prawy górny róg bramki.
W przerwie doszło do paru zmian. Rotacji dokonali zarówno Wenger, jak i Moyes. Wilshere’a zastąpił Denilson, a Heitingę – Rodwell. Niewiele czasu potrzebowali kibice gości, by znów się cieszyć. Najpierw, w 47. minucie, o strzał z ponad 25 metrów pokusił się Fabregas, a chwilkę później ten sam zawodnik, dzięki pomocy Chamakha, podwyższył prowadzenie.
Bardzo ciekawa okazała się końcówka spotkania. Na 20 minut przed końcem regulaminowego czasu gry Moyes wpuścił na boisko Beckforda oraz Yakubu. Były to dobre zmiany, gdyż od tej pory Fabiański musiał cały czas mieć się na baczności. Na dziewięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry o groźny strzał z niepozornej sytuacji pokusił się wprowadzony Beckford. Piłka została uderzona w kierunku długiego słupka, lecz polski bramkarz wyciągnął się jak struna i uratował sytuację. Everton na tym jednak nie spoczął, tylko dalej kreował grę i w rezultacie Arsenal zrobił się bezradny. Próbowali jeszcze Pienaar oraz Saha, lecz i oni musieli uznać wyższość golkipera. Z bliskiej odległości pokonał go dopiero Cahill, lecz bramka kontaktowa nie przyniosła większego pożytku. Trzy punkty pojechały do Londynu, a Fabiański znów mógł być z siebie zadowolony.











