W pierwszym sobotnim spotkaniu 15. kolejki Ekstraklasy Arka Gdynia zremisowała ze Śląskiem Wrocław 2:2 (2:2). Dwukrotnie na listę strzelców wpisali się Tadas Labukas i Przemysław Kaźmierczak.
Zakończenie dobrej passy przeciwnika – taki cel przed starciem w Gdyni stawiały sobie obie ekipy. Z jednej strony Arka, która nie przegrała u siebie ośmiu spotkań z rzędu, a z drugiej Śląsk notujący serię czterech kolejnych zwycięstw.

Gdynianie przystąpili do meczu za mało skoncentrowani. W ciągu pierwszych 60 sekund piłkarze Dariusza Pasieki dwukrotnie łatwo stracili piłkę w środku pola, ale w obu przypadkach udało się natychmiast zastawić skuteczną pułapkę ofsajdową. Chwilę później Mila wypuścił lewą stroną Spahicia, jednak zagrożenie zażegnał dobrym wyjściem z bramki Witkowski.
Arka swoją pierwszą groźną sytuację w tym starciu stworzyła w 10. minucie. Po centrze Labukasa z lewego sektora boiska strzał z około 18 metrów oddał Ivanovski, lecz piłkę pewnie wyłapał Kelemen. 240 sekund później Gikiewicz wygrał pojedynek główkowy pod polem karnym rywali, zgrał futbolówkę do Sotirovicia, który niewiele się pomylił, uderzając z ostrego kąta. Gospodarze próbowali również zaskoczyć przyjezdnych ich bronią, czyli dobrze ekspediowanymi stałymi fragmentami gry. Po dośrodkowaniu Zawistowskiego z rzutu wolnego Mawaye zgrał piłkę do Płotki, a ten oddał minimalnie niecelny strzał głową.
W 27. minucie Śląsk objął prowadzenie po golu Kaźmierczaka z rzutu karnego. Wydaje się jednak, że Arka, podobnie jak tydzień temu w meczu z Legią, została skrzywdzona przez arbitra. Powtórki pokazały, że kontaktu między Nollem a Sochą raczej nie było, wobec czego nie powinno być „jedenastki”. Podopieczni Oresta Lenczyka po zdobyciu bramki niepotrzebnie cofnęli się do defensywy. Początkowo udawało im się neutralizować akcje ofensywne Arki, jednak w 40. minucie zostali skarceni za oddanie inicjatywy miejscowym. Mawaye uderzył z około 10 metrów, Kelemen sparował piłkę na bok, dopadł do niej Labukas i strzałem z ostrego kąta wyrównał stan rywalizacji.
120 sekund przed zakończeniem pierwszej połowy Spahić próbował w swoim polu karnym przyjać futbolówkę na klatkę piersiową, ale pomylił się i… zagrał ją ręką. Sędzia bez chwili zawahania wskazał na wapno, a „jedenastkę” na gola pewnym uderzeniem zamienił Labukas. Nie był to koniec emocji w pierwszej odsłonie. W doliczonym czasie gry Mila dośrodkował z prawej strony na krótki słupek, a Kaźmierczak zdobył głową bramkę na 2:2.
Druga część spotkania rozpoczęła się od ataków Śląska. Chwilę po wznowieniu gry Gikiewicz był bliski szczęścia, ale nie trafił w piłkę po wrzutce Mili z rzutu rożnego. Niespełna 60 sekund później futbolówka wylądowała w siatce Arki, jednak sędzia dopatrzył się faulu Fojuta w walce o górną piłkę. Później mecz stracił nieco na atrakcyjności. Brakowało dogodnych sytuacji podbramkowych, za to pełno było niedokładnych zagrań. W 58. minucie Gikiewicz uderzył wprost w Witkowskiego. Był to tylko chwilowy zryw, bo po tej akcji znowu byliśmy świadkami szarpanej gry w wykonaniu obu zespołów.











