W rozgrywanym na stadionie Wembley towarzyskim meczu reprezentacja Anglii pokonała mistrzów świata i Europy 1:0. Jedyną bramkę zdobył Frank Lampard. Spotkanie, może poza ostatnim kwadransem, toczone było w spacerowym tempie, a widzowie nie narzekali na nadmiar emocji.
Przed meczem oczy całego piłkarskiego świata, a przynajmniej piłkarskiej Hiszpanii, zwrócone były na Ikera Casillasa. Kapitan „La Seleccion”, wybiegając w pierwszym składzie na murawę stadionu Wembley, dogonił legendarnego Zubizarretę w klasyfikacji zawodników z największą liczbą występów w reprezentacji. Fakt, że dostąpił tego zaszczytu akurat w tym starciu nie jest przypadkowy – Vicente Del Bosque w ostatnim spotkaniu specjalnie postawił w bramce Valdesa, by Iker mógł świętować ten wyjątkowy dzień w godnym miejscu. Jeśli chodzi o skład Hiszpanów, to „Sfinks” za bardzo nie zaskoczył. To, że na lewej obronie wystąpił Jordi Alba, a nie Nacho Monreal, nie było niespodzianką. Podobnie sprawa miała się z Silvą na pozycji fałszywego skrzydłowego. Anglicy przed meczem z mistrzami świata i Europy nawet nie próbowali ukrywać zdenerwowania, otwarcie przyznając, że spodziewają się meczu Hiszpania kontra Joe Hart. Fabio Capello posłał do boju stosunkowo ofensywną jedenastkę, w której jednak zabrakło miejsca dla Wayne’a Rooneya.

Mecz rozpoczął się dokładnie tak, jak można było przypuszczać. Hiszpanie dopadli do piłki i nie za bardzo chcieli ją oddawać. Anglicy początkowo nie mieli pomysłu, jak przerwać atak pozycyjny gości, więc ograniczali się do oglądania. Świetnie funkcjonowała współpraca duetu pomocników Xavi – Xabi. Obaj kontrolowali tempo rozgrywania piłki i raz za razem posyłali prostopadłe podania do trójki atakujących. W 10. minucie pierwszą ofensywną akcję przeprowadzili Anglicy – piłka wylądowała jednak za linią końcową boiska, nie w siatce bramki Ikera. W odpowiedzi świetne podanie z głębi pola otrzymał Villa, jednak również tym razem skończyło się na strachu i rzucie rożnym. Około 15. minuty gospodarze wreszcie zaczęli wyglądać na drużynę, która nie umiera ze strachu. Przeprowadzili kilka groźnych akcji, wymielili parę podań bez straty piłki. Potem wszystko wróciło do normy – Hiszpanie powoli atakowali, Anglicy powoli się bronili, a akcji bramkowych było mniej więcej zero. Problemem „La Seleccion” był chyba David Villa, który, nie wiedzieć czemu, grał przylepiony do linii bocznej, pozostawiając środek ataku Silvie i Inieście oraz dostarczając kolejnych argumentów zwolennikom wystawiania w pierwszym składzie Fernando Llorente.
W 32. minucie znudzony Frank Lampard zdecydował się na uderzenie z dystansu, które było jednak i za lekkie, i zbyt sygnalizowane, by mogło zagrozić Casillasowi. Anglicy uparcie atakowali prawą flanką, nie zważając na fakt, że Theo Walcott cały czas przegrywa pojedynki z Jordim Albą. Minuty mijały, a na boisku ciągle wiało nudą. Żadna ze stron nie potrafiła wypracować sobie stuprocentowej okazji bramkowej. W gospodarzach narastała frustracja, na co dowodem był chociażby faul Jamesa Milnera z końcowych minut pierwszej połowy. Gracz Manchesteru City wejściem w nogi Sergio Ramosa zasłużył na pomarańczową kartkę. Sędzia, biorąc zapewne pod uwagę zerową wagę spotkania, pokazał mu żółtą. Bardzo miło z jego strony – gdyby Anglicy grali w osłabieniu, pewnie już do końca spotkania nie wyszliby z własnej połowy. Po upływie doliczonych 6. minut Fran De Bleeckere odesłał piłkarzy do szatni, dając widzom kwadrans wytchnienia od tego szalenie nudnego widowiska.











