Brzmi jak science fiction? Mało powiedziane. Jest jednak taka dziedzina, w której wyspiarze mogą z dumą wznieść w górę wielki błyszczący puchar w otoczce konfetti. Ku rozpaczy opinii publicznej i milionów kibiców, nie będzie to lekko zarośnięty Steven Gerrard na legendarnej Maracanie trzynastego lipca. Jest dziedzina, w której Anglicy biją na głowę i Hiszpanów, i Włochów, i nawet Polaków. Jest to satyra na swój temat.
Media na wyspach znane są z regularnego pompowania ogromnej bańki z oczekiwaniami, przed każdą imprezą, przed każdym sezonem. Potem przychodzi rzeczywistość, która daje soczystego kopniaka w cztery litery. Skądś to znamy? Nieprzypadkowo padł przykład Polski. Śmiech przez łzy po przełknięciu goryczy porażki, powoli staje się stylem życia. Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację; poranek po porażce z Urugwajem wyrzucającej Synów Albionu z brazylijskiej karuzeli. Przygnębieni pracownicy fizyczni maszerują do pracy na przedmieściach Londynu, a do ich rąk trafia The Sun z okładką „Nie płacz Kai, jeśli Kostaryka przegra z Włochami, Urugwaj przegra z Włochami, a tatuś strzeli dublet lub więcej Kostaryce… przechodzimy dalej!”. Głupkowaty uśmiech sam ciśnie się na usta, „jesteśmy słabi, ale pośmiejmy się z tego”. Jest to pewien przepis na naprawę (bolesnego) świata przez zbudowanie ogromnego dystansu do siebie.
Kwintesencją tego zabiegu stał się jednak „The Rooney Burger”. Jedna z restauracji wystawiła reklamę burgera w składzie „prosty, nic specjalnego… i przepłacony” za 18 euro. Klientów pewnie im nie ubyło, naród angielski bowiem z chęcią poszydzi na wszelki możliwy sposób ze swojego lidera, który zawiódł. Po raz kolejny. Może i nie najgorsza wycena gry Wazzy.
Plastyczność angielskiego języka dziennikarsko-piłkarskiego jest bowiem niesamowita, a pomysły rodzą się same. Po drodze było jeszcze „odgryzienie się” Urugwajowi i Sturridge z dorysowanymi zębami, czy zawodnicy obgryzający paznokcie przed telewizorami w koszulce Balotellego. Dzisiaj to pewnie gryzący Suarez jest bohaterem dnia. Trzymilionowy Urugwaj gra jednak dalej, a dumni Anglicy? Zdobyli swój pierwszy i ostatni punkt na tym mundialu, wracają z podkulonym ogonem. Znowu.
Przejdźmy do czysto sportowych pobudek porażki, bo jak inaczej nazwać ostatnie miejsce w grupie śmierci, wygranej przez… Kostarykę. Anglia na boisku nie tworzy zespołu. Jest to zlepek ludzi, których mierzy się umowną miarą mniej lub bardziej udanego sezonu w „naszej, najlepszej przecież” Premier League. Premier League, która od kilku lat nie istnieje w Europie. Poszczególni goście wykręcają liczby i na tej zasadzie wskazujemy siłę reprezentacji. W tym roku to już w ogóle miał być nokaut. Wielkich, doświadczonych graczy uzupełniła świeża, „nieangielska” w sposobie gry, świta w składzie: młode wilki z Liverpoolu, młode wilki z Southampton, Barkley czy Wilshere. To miała być wręcz angielska tiki taka. Skoro tworzymy najlepszą ligę świata, na mundialu też nie będziemy mieć sobie równych. Hodgson, zwany też selekcjonerem, wystawia poszczególne ogniwa ślepo wierząc, że współpraca się zazębi, że zawodnicy sami sobie dograją taktykę. Anglia grała efektownie, była groźniejsza i przyjemniejsza dla oka niż Włochy i Urugwaj, koniec końców nie stworzyła drużyny, która osiąga wynik. Były to pojedyncze przebłyski umiejętności poszczególnych graczy, solidnych, ale jednostek.












