Tak można podsumować wyniki drużyn, które zapowiadały walkę o założony cel. W przypadku Liverpoolu – Ligę Europejską, Tottenhamu – Ligę Mistrzów, Arsenalu – mistrzostwo. Tylko Manchester United robi swoje i bardzo możliwe, że dzięki konsekwencji do ostatniej kolejki dotrwa na fotelu lidera.

Koniec sezonu tuż-tuż, a tabela powoli robi się w miarę klarowna. W tym roku było o to wyjątkowo ciężko, zresztą nadal wystarczy spojrzeć na strefę spadkową – wciąż nie wiadomo, komu przyjdzie od sierpnia grać w Championship. Trochę zaskakujące jest, że w minionej kolejce niespodziankę sprawili potentaci. I w postaci słabszej gry – i rewelacyjnej. Zdecydowanie nie zawiodły ekipy z Manchesteru. Na mój gust w tym sezonie United na tytuł po prostu zasługuje, gdyż mając na uwadze dotychczasowy jego przebieg, nie gra w kratkę i potrafi się dźwignąć z nie byle jakiego bagna. Pod koniec sezonu z formą trafił w dodatku Rooney, o którym pisze się wyłącznie dobre rzeczy. Chociaż jeszcze trochę do zamknięcia rozgrywek pozostało, moim zdaniem wątpliwe, żeby na szczycie coś się zmieniło.
Zażarta walka trwa jednak trochę niżej. Na serwisach sportowych co i rusz można przeczytać słowa Wengera na kilka sposobów podkreślającego, że jego drużyna liczy się w walce o tytuł. Temat ten jednak powoli może się nudzić, bo „The Gunners” ostatnio nie grają najlepiej. Bezbramkowy remis z Blackburn na Emirates może wręcz przedstawiać okropną niemoc w pościgu za liderem. Tak poza tym, zawsze można doszukiwać się niepowodzeń w takim, a nie innym, terminarzu. Dobrze, że Wenger nie drążył głębiej tego tematu, tylko uczciwie przyznał jak zagrali jego podopieczni. Zdecydowanej prognozy co do ich losów (a także Man United) nie postawię, to jeszcze zbyt ryzykowne. Sporo jednak wyjaśni bezpośredni pojedynek tych klubów w maju, na który już ostrzą sobie zęby sympatycy angielskiej piłki. Jeżeli wygrają zawodnicy Fergusona, raczej wszystko już będzie jasne.

Kiedy Liverpool zaczął odnosić lepsze wyniki, tyle się słyszało, że stać go nawet na piąte miejsce. Zadyszka? Niewykluczone, lecz remis z jednym z faworytów do spadku, West Bromwich, źle wróży walce o piątą pozycję w tabeli. Strata „The Reds” do „Spurs” już wynosi pięć punktów, a podopieczni Dalglisha rozegrali przecież mecz więcej. Zawodnicy Redknappa też się nie popisali, zremisowali z ostatnim w tabeli Wigan, a mieli w zamiarach wskoczenie do czwórki. Zresztą, dalej pewnie mają. Wydaje mi się jednak, że na to już za późno, choć i tu wiele wyjaśni ich bezpośredni pojedynek z Manchesterem City.











