Organizacyjny bałagan, transferowe zamieszanie, kłopoty finansowe, brak formy, wreszcie porażka z odwiecznym rywalem. Wszystko to składa się na fatalny regres Liverpoolu – jednej z najbardziej utytułowanych drużyn świata.
Na Merseyside optymizmem nie napawa prawie nic. Ostatni sezon w wykonaniu Liverpoolu można uznać za stracony, w końcu zajął on dopiero siódme miejsce (ostatnie promujące do gry w Lidze Europejskiej). W letniej przerwie zmieniło się dużo, ale czy na lepsze, trzeba poczekać do końca rozgrywek. U steru stanął Roy Hodgson, który wprowadził na salony kopciuszka z Londynu, dotychczas nieco lekceważone Fulham. Anglik od razu stanął przed nie lada wyzwaniem, gdyż w obliczu dominacji Manchesteru City, Realu Madryt oraz innych klubów na rynku transferowym musiał znaleźć sposób na zatrzymanie liderów swojej drużyny, Stevena Gerrarda oraz Fernando Torresa. Sztuka ta mu się udała, w jemu najlepiej znany sposób.

Rozwój „The Reds” został tak czy owak gwałtownie zatrzymany. Po części dzieje się to z winy zamieszania spowodowanego kłopotami finansowymi i wystawieniem klubu na sprzedaż przez obecnych właścicieli. Inna sprawa to transferowa karuzela, jaka miała miejsce tego lata na Anfield. Do końca okienka wahała się sprawa odejścia Mascherano, który z sygnalizowaniem swoich zamiarów, szczerze powiedziawszy, się nie krył. Zanim jednak do tego doszło, do Liverpoolu sprowadzono paru ciekawych zawodników, choćby na zasadzie wolnego transferu Joe Cole’a. W przeciwną stronę poszedł wcześniej Yossi Benayoun, który jak sam później przyznał, zrobił to na skutek ciągłego nieporozumienia pomiędzy nim a Rafaelem Benitezem, byłym już opiekunem „The Reds”. Sprawę obracania klubowymi pieniędzmi w wykonaniu Hiszpana, w ramach przedmeczowych zagrywek, poruszył już zresztą sir Alex Ferguson. Popularny Szkot zasugerował, że jego rywal wydał na zawodników dużo więcej pieniędzy niż United, a mimo to Liverpool był drużyną słabszą.
No właśnie, bo ostatnie piłkarskie wydarzenia, wypowiedzi, sugestie rosły wprost proporcjonalnie do daty wielkich derbów Anglii, pojedynku odwiecznych rywali. W niedzielne popołudnie na Old Trafford gospodarze podjęli Liverpool. Powiedzenie, że stosunki pomiędzy klubami miewają się źle, to po prostu złe określenie. Rywalizacja pomiędzy miastami nie toczyła się zresztą od zawsze stricte piłkarsko. Mieszkańcy Liverpoolu uchodzili za ludzi bardziej wykształconych, takich, których miejsce jest w biurze. Obywatel Manchesteru walczył raczej ze stereotypem robotnika, człowieka od czarnej roboty. Inna sytuacja dotyczy aspektu gospodarczego. W XIX wieku do owych miast transportowano wiele surowców zza oceanu. Jedyna droga do Manchesteru prowadziła przez port w Liverpoolu. Spięcia zaczęły się, gdy tylko stolica Beatlesów nałożyła na towary podatki. Władze poszkodowanego miasta w odpowiedzi zbudowały kanał, który pozwolił na bezpośredni transport do właściwego odbiorcy. Jak zatem widać, historia rywalizacji pomiędzy Liverpoolem a Manchesterem sięga dość daleko, a wszystko to z czasem przełożyło się grunt futbolowy. Wystarczy tylko wspomnieć o dokonaniach na scenie krajowej oraz europejskiej, które są do siebie dość zbliżone. W rezultacie oba kluby cały czas toczą między sobą walkę o potwierdzenie dominacji, choć w ostatnich dwóch dekadach zdecydowanie lepszym klubem było United.












