Miniony weekend w cieniu postawił rozgrywki ligowe, nawet emocjonujący i kontrowersyjny pojedynek Arsenalu z Liverpoolem. Może nie tak jak Gran Derbi, ale wielu kibiców z całego świata na pewno interesował mecz pomiędzy klubami z Manchesteru. Po 30 latach „The Citizens” wreszcie zdołali zamknąć usta rywalom, pokonując ich w bardzo dobrym stylu, w bardzo prestiżowym meczu o wielką stawkę. To był ostatni przystanek przed finałowym meczem o Puchar Anglii ze Stoke, które również wysoko zawiesiło poprzeczkę. Czy Manchester City z łatwością sięgnie po pierwsze od tylu lat trofeum? Na mój gust bynajmniej, choć jak by nie patrzeć jest faworytem.
Jeżeli chodzi o sam mecz „The Trotters”, to w żadnych wypadku nie spodziewałem się, że dojdzie aż do takiego pogromu oraz blamażu Owena Coyle’a i spółki – zresztą pewnie jak większość sympatyków angielskiego futbolu. Stoke to na pewno solidny zespół, nie ma co do tego wątpliwości, potwierdził to chociażby poprzedni sezon. Można powiedzieć, że ta drużyna ma „coś”, co pozwala wywalczyć korzystny rezultat nawet w najbardziej wyrafinowany, a zaraz typowy dla siebie sposób – choćby po tych słynnych wrzutach z autu Rory’ego Delapa. Tymczasem Bolton rozgrywa naprawdę dobry sezon i dziw bierze, że w takim stylu pożegnał się z Pucharem Anglii.

I tu dochodzi do ciekawej sytuacji, która na pewno zadowoli wybrednych fanów futbolu. Manchester City wcale nie trafił na takiego łatwego rywala, jak może się wydawać, a teraz znajdzie się pod ogromną presją. Proszę sobie wyobrazić jak ucierpiałaby opinia klubu w środowisku piłkarskim, gdyby po hucznym odprawieniu United w półfinale, podopieczni Manciniego nie dali by rady „The Potters”. W tym przypadku nie chodzi nawet tyle o niewykorzystaną szansę, co po prostu wstyd przed czerwoną częścią Manchesteru.
Dlaczego uważam, że City będzie miało trudne zadanie? Ano pamiętam, jaka przeszkoda okazała się dla niego nie do pokonania w zeszłej edycji Pucharu Anglii. Był taki okres, że „The Citizens” mierzyli się ze Stoke trzy razy na przestrzeni bardzo krótkiego czasu. Sytuacja podobna, jaką można było zaobserwować przy okazji tegorocznych meczów Jagiellonii z Lechią – czyli dwa spotkania pucharowe i jedno ligowe. Remis na Eastlands skończył się powtórką na Britannia Stadium i porażką 1:3. Warto przy tym pamiętać, że podopieczni Pulisa zagrali dobrze, ale oczywiście w swoim niby-do-przewidzenia stylu. Odnoszę wrażenie, że przy stałych fragmentach ich rywale o tym zapominają.












